Cóż to, nadobna Elizo, zapadłaś, widzę, w smutek po chwili serdecznego zapału, który sprawił, iż tak wspaniałomyślnie oddałaś mi wiarę i słowo? Wzdychasz, gdy ja jestem tak pełen radości? Powiedz, miałażbyś[1] żałować, żeś mnie uczyniła szczęśliwym? Chciałażbyś cofnąć zadatek uczuć, do którego miłość moja zdołała cię nakłonić?
Nie, Walery, nie żałuję niczego. Zbyt słodka jakaś władza niewoli mnie ku tobie; nie mam nawet siły pragnąć, aby się to nie było stało[2]. Ale jeżeli mam być szczera, przyszłość napełnia mnie niepokojem; wielce się obawiam, że miłość zaprowadziła mnie dalej, niżby się godziło.
I czemuż twoje ustępstwo napełnia cię obawą? Czegóż się lękasz?
Ach! Nie jednej, ale stu rzeczy: porywczości ojca, wymówek rodziny, sądu świata; ale nade wszystko, Walery, odmiany twego serca i tego okrutnego zobojętnienia, jakim wy, mężczyźni, odpłacacie najczęściej zbyt tkliwe dowody niewinnego uczucia.
Ach, nie czyń mi tej krzywdy i nie sądź wedle innych. Posądzaj mnie o wszystko raczej, Elizo, niż o to, bym mógł uchybić temu, com ci powinien. Nazbyt cię kocham, a miłość moja trwać będzie do grobu.
Ach, Walery, każdy wszak mówi to samo! W słowach wszyscy mężczyźni podobni są do siebie; czyny dopiero odsłaniają różnice.
Skoro więc czyny jedynie dają poznać, czym w istocie jesteśmy, zaczekaj przynajmniej, aż będziesz mogła wedle nich osądzić me serce, i nie obarczaj mnie zbrodniami czerpanymi w przedwczesnych podejrzeniach. Nie rań mnie, błagam, tak dotkliwym ciosem i zostaw mi czas, abym tysiącznymi dowodami mógł ci dowieść stałości mych płomieni.
Ach, jakże łatwo jest nas przekonać, gdy kogoś kochamy! O tak, Walery! I ja mniemam, że serce twoje niezdolne byłoby mnie zawieść. Wierzę, że kochasz prawdziwie i że mi będziesz wierny: nie chcę wątpić o tym i drżę już jedynie przed potępieniem świata.
Ale skąd tak czarne przypuszczenia?
Nie lękałabym się niczego, gdyby każdy patrzał na cię moimi oczyma: w osobie twej znajduję dostateczne usprawiedliwienie wszystkiego, com uczyniła. Moje serce, na swoją obronę, może się powołać na wszystkie twoje przymioty, poparte jeszcze długiem wdzięczności, który niebo kazało mi względem ciebie zaciągnąć. Co chwila staje mi przed oczami straszliwe niebezpieczeństwo, które po raz pierwszy zbliżyło nas do siebie; szlachetna odwaga, z jaką nie wahałeś się narazić życia, aby mnie wydrzeć wściekłości wzburzonych fal; pełna tkliwości opieka, jaką mnie otoczyłeś, wydobywszy z wody, oraz te wytrwałe świadectwa żarliwej miłości, której ani czas, ani przeszkody nie zdołały odstręczyć. Więcej jeszcze! Wszakże ta miłość każe ci zapominać o domu i ojczyźnie, zatrzymuje cię w tym mieście, zmusza cię, abyś, ze względu na mnie, trzymał w ukryciu stan i nazwisko, a wreszcie skłania do tego, iż aby mnie widywać, przyjąłeś obowiązki domownika mego ojca. Wszystko to nie mogło mnie nie przywiązać do ciebie i wystarcza najzupełniej w moich oczach, aby wytłumaczyć krok, na jaki się zgodziłam; nie wystarczy może jednak, aby go uniewinnić w oczach ludzi. Ach, wcale nie jestem pewna, czy świat zechce zrozumieć moje uczucia!
Ze wszystkiego, coś tu na mą korzyść wymieniła, jedynie mej miłości pragnąłbym przypisać jakąś zasługę; co zaś do skrupułów, to sam ojciec stara się aż nadto, aby postępek twój uczynić zrozumiałym dla świata. Ten bezmiar skąpstwa i surowość, z jaką obchodzi się z dziećmi, zdolne są usprawiedliwić najśmielszą decyzję. Przebacz mi, urocza Elizo, że się wyrażam w ten sposób; wiesz wszakże, że trudno by było złagodzić sąd w tej mierze. Skoro jednak, jak się spodziewam, uda mi się odszukać rodziców, z łatwością przyjdzie nam ich ubłagać. Oczekuję z całym upragnieniem wiadomości i sam gotów jestem udać się po nie, jeśli rzecz będzie się przewlekała.
Ach, Walery, nie ruszaj się stąd, błagam, staraj się tylko zjednać przychylność ojca!
Widzisz sama, jak usilnie pracuję nad tym i ile trzeba było zręczności, aby dostać się do jego domu; jak się maskuję nieustannie, byle mu się przypodobać, i jaką rolę odgrywam tutaj, jedynie dla kupienia sobie jego życzliwości. Czynię w niej zresztą zadziwiające postępy. Przekonuję się, że aby pozyskać sobie ludzi, nie ma na świecie lepszej drogi, jak stroić się we własne ich skłonności, przejmować się ich mniemaniami, patrzeć z zachwytem na ich wady i przyklaskiwać wszystkim uczynkom. Nie ma obawy, aby można było przesadzić w tej komedii, choćby się ją grało w sposób najwidoczniejszy w świecie. Gdy chodzi o pochlebstwo, najmędrsi ludzie posiadają istne skarby naiwności; nie ma nic tak bezczelnego ani tak niedorzecznego, czego by nie połknęli, skoro się należycie rzecz zaprawi pochwałami. Szczerość szwankuje cokolwiek przy takim zatrudnieniu, ale cóż, kiedy się potrzebuje kogoś, trzeba się doń nagiąć! Skoro to jest jedyny sposób zdobycia ufności, wina nie leży po stronie pochlebców, lecz tych, którzy domagają się pochlebstwa.
Ale czemu nie próbujesz również zjednać sobie poparcia mego brata, na wypadek, gdyby służącej przyszła ochota zdradzić tajemnicę?
Nie można zabiegać naraz o jedno i drugie; charakter ojca i syna są tak sprzeczne, że trudno by utrzymać się w podwójnej roli. Ale ty, ze swej strony, staraj się wpłynąć na brata i skorzystaj z przyjaźni, jaką ma dla ciebie, aby go nastroić przychylnie. Idzie właśnie. Odchodzę. Pomów z nim i odsłoń mu tyle, ile uznasz za stosowne.
Nie wiem, czy potrafię się zdobyć na to wyznanie.
Bardzo rad jestem, że cię samą zastaję, siostro; pragnąłem pomówić z tobą i zwierzyć się z pewnego sekretu.
Z miłą chęcią, bracie. Cóż masz mi do powiedzenia?
Wiele rzeczy, moja siostro; i to w jednym słowie. Kocham.
Kochasz?
Tak, kocham. Ale nim powiem cośkolwiek dalej, wiem, że zależny jestem od ojca i że powinność syna czyni mnie podwładnym jego woli; że nie godzi się przyjmować zobowiązania bez zezwolenia tych, którym zawdzięczamy życie; że niebo uczyniło ich panami naszych uczuć i że wolno nam rozrządzać sobą jedynie za ich wskazówką; że, nie ulegając wpływom szaleńczej namiętności, mogą mieć sąd o wiele zdrowszy i lepiej widzieć, co jest dla nas odpowiednie; że raczej trzeba polegać na bystrości ich rozsądku, niż na zaślepieniu żądzy, i że młodzieńcze porywy prowadzą nas najczęściej ku niebezpiecznym przepaściom. Mówię to wszystko, siostro, abyś ty nie potrzebowała sobie zadawać tego trudu; miłość moja bowiem nie chce o niczym słyszeć i proszę cię, byś oszczędziła sobie wszelkich perswazji.
Czy już związałeś się, bracie, wobec tej, którą tak kochasz?
Nie; ale jestem na to zupełnie przygotowany i błagam raz jeszcze, nie staraj się mnie odwodzić.
Czyż jestem, bracie, tak ograniczona?
Nie, siostro, ale ty nie kochasz; nie znasz słodkiej potęgi, z jaką tkliwe uczucie owłada[3] sercem; dlatego lękam się twego rozsądku.
Ach, bracie, nie mówmy o moim rozsądku; nie ma człowieka, którego by on nie zdradził przynajmniej raz w życiu. Gdybym ci otworzyła serce, być może, okazałabym się w twoich oczach jeszcze mniej rozsądną od ciebie.
Och, dałby Bóg, aby twoje serce, podobnie jak moje…
Omówmyż[4] najpierw twoją sprawę; powiedz mi, kto jest ta, którą pokochałeś?
Młoda osoba, która od niedawna mieszka w tej dzielnicy. Zda się, niebo samo stworzyło ją po to, aby natchnęła miłością każdego, kto się do niej zbliży. Na świecie nie może istnieć nic powabniejszego; wyznaję, iż straciłem zmysły od pierwszej chwili, kiedy ją ujrzałem. Nazywa się Marianna; mieszka z poczciwą matką, która prawie ciągle jest chora i do której przywiązana jest w sposób wprost niewiarygodny. Pielęgnuje ją, tuli i pociesza z czułością, która by cię wzruszyła do głębi. Wszystko, co czyni, tchnie jakimś niewymownym wdziękiem; w każdym postępku mieszczą się tysiące powabów, słodycz pełna uroku, pociągająca dobroć, uczciwość bez zmazy… ach, siostro, chciałbym, abyś ją mogła poznać.
Poznałam już niemal, bracie, z tego, co mówisz; abym zaś czuła dla niej sympatię, wystarcza mi, że ty ją kochasz.
Domyśliłem się, choć nic mi o tym nie mówiły, że nie są w zbyt świetnych stosunkach i że, mimo skromnego trybu, zaledwie mogą nastarczyć potrzebom. Czy ty pojmujesz, siostro, co to za szczęście móc się przyczynić do poprawienia losu osoby, którą się kocha; zręcznie udzielać nieznacznej pomocy skromnym potrzebom zacnej rodziny? Zrozum tedy, jak bolesne jest uczucie, że wskutek skąpstwa ojca niepodobieństwem jest dla mnie kosztować tej słodyczy i złożyć ukochanej w całej pełni świadectwo mej miłości.
Och, doskonale odczuwam, jak to musi być przykro.
Ach, siostro, bardziej, niż sobie można wyobrazić! Bo, powiedz, czy może być coś bardziej nieludzkiego niż te drobiazgowe braki, które cierpimy w tym domu, i ta straszna surowość, w jakiej jęczymy bez przerwy? I na cóż się nam przyda, że będziemy mieli kiedyś majątek, skoro posiądziemy go wówczas, gdy miną najpiękniejsze lata! Toż dziś, aby się utrzymać, muszę wręcz zadłużać się na wszystkie strony; jestem, jak i ty zresztą, zniewolony uciekać się do łaski kupców, aby po prostu ubrać się przyzwoicie. Słowem, chciałem z tobą mówić, abyś mi dopomogła wybadać ojca, jak się zapatruje na moje uczucie; gdybym napotkał na przeszkody, zdecydowany jestem wraz z ukochaną szukać szczęścia gdzie indziej… Na wszystkie strony staram się w tym celu zebrać potrzebną sumę. Jeśli ty, siostro, znajdujesz się w podobnym położeniu i jeśli ojciec będzie się sprzeciwiał naszym pragnieniom, opuścimy go oboje i wyzwolimy się z przemocy, w jakiej nieznośne skąpstwo więzi nas od tak dawna.
To prawda, z każdym dniem daje on nam więcej powodów do opłakiwania przedwczesnej śmierci matki…
Słyszę jego głos; oddalmy się nieco dla dokończenia zwierzeń, następnie zaś połączymy siły, aby przewalczyć ojcowską tyranię.
Precz mi stąd zaraz, w tej chwili, bez tłumaczeń! Dalej, zabierać mi się z domu, ty arcyhultaju, ty urodzony wisielcze!
Nie widziałem w życiu takiej złej bestii, jak ten przeklęty starzec! Doprawdy, myślę czasem, że on ma diabła w sobie.
Mruczysz jeszcze?
Za co mnie pan wygania?
Będziesz się pytał za co, obwiesiu jeden? Umykaj czym prędzej, bo cię ubiję na miejscu!
Cóż ja zrobiłem?
To zrobiłeś, że chcę, abyś się wynosił.
Mój pan, a syn pański, kazał mi tu czekać.
To idź, czekaj na ulicy, a nie stercz mi w domu, jak szyldwach[5] na warcie, aby podpatrywać, co się dzieje, i ciągnąć ze wszystkiego korzyści. Nie chcę mieć bez ustanku pod nosem szpiega, zdrajcy, którego przeklęte oczy śledzą wciąż, co robię, pożerają wszystko, co posiadam, i myszkują na wsze strony, czyby się nie udało czegoś złasować[6].
Jakże pan chcesz, u diabła, aby panu można było coś złasować? Jakim cudem tego dokazać, skoro wszystko zamykasz pod kluczem i stoisz na straży we dnie jak i w nocy?
Będę zamykał, co mi się podoba, i stał na straży, ile tylko zechcę. Patrzcie mi wcibskich, którzy czuwają nad każdym moim krokiem! Po cichu na stronie. Drżę cały, czy on nie domyśla się czegoś o moich pieniądzach. Głośno. Ty może byłbyś zdolny rozsiewać plotki, że ja mam schowane pieniądze?
Pan ma schowane pieniądze?
Nie, łotrze, nie mówię tego wcale. Po cichu. To można oszaleć! Głośno. Pytam, ot tak, czy nie puszczasz takich bajeczek, aby mi na złość zrobić?
Ech, cóż komu na tym zależy, czy pan masz, czy nie masz; dla nas to wychodzi na jedno i to samo.
Będziesz mędrkował! Ja ci to mędrkowanie prędko wybiję z głowy! Zabieraj się; ostatni raz ci powiadam.
Dobrze więc: zabieram się.
Czekaj: nie wynosisz czego z domu?
Et! Cóż bym mógł stąd wynieść?
Chodź, chodź tutaj, niech zobaczę. Pokaż ręce.
Oto.
Drugie!
Drugie?
Tak.
Oto.
Nic tutaj nie schowałeś?
Niechże pan zobaczy.
Te szerokie hajdawery[7], to jakby stworzone na magazyny złodziejskie. Bardzo bym rad, aby kogo zaprowadziły na szubienicę.
Ach, jakże taki człowiek wart byłby swego losu i z jakąż radością okradłbym go naprawdę!
Hę?
Co?
Co ty mówisz o okradzeniu?
Mówię, że może pan wszystko przetrząsnąć, aby się przekonać, czy go nie okradłem.
Właśnie, właśnie.
Niech zaraza wygniecie skąpstwo i dusigroszów!
Hę? Co powiadasz?
Co powiadam?
Tak; co powiadasz o skąpstwie i dusigroszach?
Mówię, żeby zaraza wygniotła skąpstwo i dusigroszów.
O kimże to chcesz mówić?
O dusigroszach.
Któż to są ci dusigrosze?
Obrzydliwcy i brudasy.
Ale kogo przez to rozumiesz?…
Cóż się pan o to tak troszczy?
Bo mi się podoba.
Myśli pan, że chciałem mówić o panu?
Myślę, co myślę; ale chcę, abyś powiedział, do kogoś to mówił.
Mówiłem… mówiłem do mojej czapki.
Ejże, bo ja przemówię do twojego grzbietu.
Zabroni mi pan wymyślać na skąpców?
Nie; ale zabronię odpowiadać i być zuchwałym. Milczeć!
Nie wymieniłem nikogo.
Piśnij jeszcze, a kości ci połamię.
Uderz w stół…
Nie zmilczysz?
Niech stracę.
Ej, ej!
O, jeszcze jedna: czyś pan zadowolony?
Dalej, oddaj bez obszukiwania.
Co?
To, co wziąłeś.
Nic nie wziąłem.
Z pewnością?
Z pewnością.
No, to z panem Bogiem. Ruszaj do wszystkich diabłów!
Ładna odprawa, daję słowo!
Odpowiesz za to przed twoim sumieniem.
Oto mi kawał obwiesia! Wygląda mocno podejrzanie; wolałbym, aby ten pies kulawy raz zniknął mi już z oczu. Ach, cóż to za straszny kłopot mieć w domu tak znaczną sumę; szczęśliwy, kto ma cały majątek w bezpiecznej lokacie, a zachowa sobie tylko to, co potrzebne na codzienne wydatki! To niemała rzecz znaleźć w domu bezpieczną kryjówkę; co do mnie, wszystkie zamknięcia i skrzynie uważam za mocno niepewne i nierad na nich polegam. To istna przynęta dla złodziei: każdy przede wszystkim tam się dobiera.
Mimo to, nie wiem, czy dobrze uczyniłem, zakopując w ogrodzie dziesięć tysięcy talarów, które mi wczoraj oddano. Dziesięć tysięcy talarów w złocie, to suma dosyć… Na stronie, spostrzegając Kleanta i Elizę O nieba! Sam się zdradziłem! Zapał mnie uniósł; lękam się, iż rozprawiając sam ze sobą, mówiłem zbyt głośno. Do Kleanta i Elizy Co się stało?
Nic, ojcze.
Dawno jesteście tutaj?
Weszliśmy właśnie.
Słyszeliście…
Co, ojcze?
To…
Co takiego?
To, co mówiłem.
Nie.
Owszem, owszem.
Wybacz, ojcze…
Widzę dobrze, że was coś doleciało. Rozmawiałem właśnie sam ze sobą, jak ciężko dziś jest wydostać pieniędzy; mówiłem, że bardzo jest szczęśliwy, kto ma w domu z jakie[8] dziesięć tysięcy talarów.
Obawialiśmy się zbliżyć, aby ci nie przeszkodzić, ojcze.
Bardzom rad, że wam to mogę powiedzieć, abyście sobie nie tłumaczyli fałszywie i nie wyobrażali, że to ja mam dziesięć tysięcy talarów.
Nie mieszamy się do twoich spraw, ojcze.
Dałby Bóg, abym je miał, owe dziesięć tysięcy.
Nie przypuszczam…
To byłby dla mnie interes nie lada.
To są rzeczy…
Przydałyby mi się bardzo…
Sądzę, że…
Wiedziałbym, co z nimi zrobić.
Jesteś, ojcze…
Nie narzekałbym wówczas na ciężkie czasy.
Mój Boże, wszakże ty, ojcze, nie masz chyba przyczyn do narzekania: wszystkim wiadomo, że posiadasz ładny majątek.
Ja, ładny majątek! Ci, co tak mówią, łżą bezczelnie. Nic fałszywszego pod słońcem; to tylko hultaje rozpuszczają umyślnie takie pogłoski.
Nie unoś się, ojcze.
To nie do wiary, że własne dzieci zdradzają mnie i stają w rzędzie moich nieprzyjaciół!
Czy to znaczy być twoim nieprzyjacielem, mówić, że posiadasz majątek?
Tak. Podobne gadania, a także i twoje szalone wydatki, staną się przyczyną, że któregoś dnia przyjdzie mi tu ktoś gardło poderżnąć w mniemaniu, że ja po prostu sypiam na złocie.
Jakież ja robię nadzwyczajne wydatki?
Jakie? Czy może być coś bardziej oburzającego niż te wspaniałe stroje, w których paradujesz po mieście? Wczoraj musiałem wyłajać Elizę, ale ty jesteś jeszcze gorszy. To woła o pomstę do nieba; ściągnąwszy z ciebie to, co masz na grzbiecie, można by uzyskać wcale ładny kapitalik. Mówiłem ci mało dwadzieścia razy[9], mój synu, że cały twój tryb życia bardzo mi się nie podoba; diabelnie mi coś bawisz się w markiza. Aby stroić się w ten sposób, musisz mnie chyba podskubywać.
Ej, bardzom ciekaw, jakby to można ojca podskubywać.
Cóż ja mogę wiedzieć? Skądże zatem bierzesz na to, aby się utrzymać na takiej stopie?
Ja, ojcze? Gram, po prostu; ponieważ zaś gram bardzo szczęśliwie, obracam całą wygraną na swoje potrzeby.
To bardzo źle robisz. Jeżeli masz szczęście w karty, powinieneś z tego korzystać i składać wygraną na uczciwy procent, aby się czegoś dociułać. Chciałbym bardzo wiedzieć, nie mówiąc już o reszcie, do czego służą te wstążki, którymi jesteś upierzony od stóp aż do głowy? Czy kilka sprzączek[10] nie wystarczyłoby tak samo do przymocowania spodni? Bardzo też potrzebne wyrzucać pieniądze na peruczki, kiedy można nosić włosy swojego chowu, nie wydając ani szeląga! Założyłbym się, że w tych wstążkach i perukach utonęło co najmniej dwadzieścia pistoli[11]; zaś dwadzieścia pistoli[12] przynosi rocznie osiemnaście funtów[13], sześć susów[14] i osiem denarów[15], chociażby się tylko pobierało jeden od dwunastu[16].
Masz słuszność, ojcze.
Dajmy temu pokój i mówmy o czym innym. Widząc, że Eliza i Kleant dają sobie znaki. Hej! Po cichu na stronie. Zdaje się, że się porozumiewają, aby mi zwędzić sakiewkę. Głośno. Cóż znaczą te miny?
Drożymy[17] się z bratem, kto będzie mówił pierwszy; oboje mamy ci, ojcze, coś do powiedzenia.
I ja wam także.
To, co ci mamy powiedzieć, ojcze, dotyczy małżeństwa.
I ja również o małżeństwie chciałbym z wami pogadać.
Ach, ojcze!
Po cóż te krzyki? Czy słowo, czy rzecz sama tak cię przeraża, moja córko?
Biorąc małżeństwo tak, jak ty je pojmujesz, ojcze, może ono słusznie przerażać nas oboje. Lękamy się, że nasze uczucia znajdą się w niezgodzie z twoim wyborem.
Chwilę cierpliwości; nie macie się o co trwożyć. Wiem, czego wam trzeba; ani jedno, ani drugie nie będzie miało powodu się uskarżać na moje zamiary. Aby więc przystąpić do rzeczy, do Kleanta powiedz mi, czy zauważyłeś kiedy młodą osobę, imieniem Mariannę, mieszkającą niedaleko od nas?
Owszem, ojcze.
A ty?
Słyszałam tylko o niej.
I jak ci się wydaje, synu, ta panienka?
Osobą wprost uroczą.
Jej wejrzenie?…
Pełne niewinności i powabu.
Układ i obejście?…
Czarujące po prostu.
Nie uważasz, że taka dziewczyna zasługuje w zupełności, aby o niej pomyśleć?
Owszem, ojcze.
Że mogłaby być dla każdego pożądaną partią?
Bardzo pożądaną.
Że wygląda na osobę, która potrafi być dobrą gospodynią?
Niewątpliwie.
I że mąż mógłby z nią być szczęśliwy?
Z pewnością.
Jest tylko mała trudność: obawiam się, że nie posiada takiego posagu, do jakiego by się miało prawo.
Ach, ojcze, cóż znaczy majątek, gdy chodzi o małżeństwo z istotą godną uwielbienia!
Za pozwoleniem, za pozwoleniem. Można by rzec jedynie, że jeżeli się nie weźmie za nią tyle, ile by się pragnęło, można się starać odbić to na innych rzeczach.
Oczywiście!
Słowem, bardzo się cieszę, że się zgadzamy w zapatrywaniach: łagodne bowiem wejrzenie i stateczność panienki ujęły mnie za serce i, byleby miała bodaj jaki posażek[18], gotów jestem ją zaślubić.
Co? Jak?
Hę?
Jesteś gotów, ojcze, powiadasz…
Zaślubić Mariannę.
Kto? Ty, ojcze? Ty?
Tak, ja, ja, ja. Cóż to ma znaczyć?
Słabo mi się jakoś zrobiło. Pozwól mi odejść, ojcze.
To minie. Idź prędko do kuchni i wypij dużą szklankę czystej wody.
Oto nasi wymuskani panicze; tyle w nich siły, co w kurczęciu. To zatem, moja córko, postanowiłem dla siebie. Co do Kleanta, przeznaczam dlań pewną wdowę, o której mi właśnie mówiono dziś rano; ciebie zaś wydam za pana Anzelma.
Za pana Anzelma?
Tak; jest to człowiek dojrzały, rozsądny i doświadczony; nie ma więcej nad pięćdziesiąt lat i słynie ze swoich dostatków.
Ja nie pragnę wyjść za mąż, mój ojcze, jeżeli pozwolisz.
A ja, moja córeczko, moja duszyczko, pragnę, abyś wyszła za mąż, jeżeli pozwolisz.
Wybacz mi, ojcze.
Wybacz mi córko.
Jestem najuniżeńszą sługą pana Anzelma, ale, z przeproszeniem ojca, kłaniając się znowu żoną jego nie zostanę.
Jestem twoim najniższym podnóżkiem, ale, przedrzeźniając Elizę z przeproszeniem panny, żoną jego zostaniesz jeszcze dziś wieczór.
Dziś wieczór?
Dziś wieczór.
To być nie może, ojcze.
Będzie, moja córko.
Nie.
Tak.
Nie, powiadam.
Tak, powiadam.
Nie zmusisz mnie do tego, ojcze.
Zmuszę, moja córko.
Raczej się zabiję, niż przyjmę takiego męża.
Nie zabijesz się i przyjmiesz. Widział kto takie zuchwalstwo? Słyszał kto, aby córka w ten sposób przemawiała do ojca?
A słyszał kto, aby ojciec w ten sposób chciał wydawać córkę za mąż?
To partia bez zarzutu: założę się, że każdy tylko pochwalić może mój wybór.
A ja się założę, że nikt rozsądny nie może go pochwalić.
Oto Walery. Chcesz, abyśmy go obrali za sędziego w tej sprawie?
Chętnie…
Zdajesz się na jego wyrok?
Dobrze, uczynię, co on powie.
Zatem, rzecz załatwiona.
Chodź no, Walery. Obraliśmy cię właśnie, abyś powiedział, kto z nas ma słuszność: ja czy córka.
Ani wątpliwości, że pan.
A czy wiesz, o co chodzi?
Nie. Ale pan nie może nie mieć słuszności: pan, który jesteś wcieleniem rozsądku.
Pragnę dziś wieczór jeszcze wydać ją za mąż za statecznego i bogatego człowieka; tymczasem, ta ladaco w nos mi powiada, że jej to ani w głowie! Cóż ty na to?
Co ja na to?
Tak.
Hm, hm!
Co?
Powiadam, że w gruncie jestem najzupełniej pańskiego zdania; słuszność najoczywiściej jest po pańskiej stronie. Ale i córka nie jest tak zupełnie w błędzie, jeżeli…
Jak to! Imć Anzelm jest partią pierwszej wody; szlachcic to herbowy[19], człowiek spokojny, przyzwoity, rozsądny, zamożny, niemający dzieci z pierwszego małżeństwa. Co mogłaby znaleźć lepszego?
Wszystko prawda. Ale córka mogłaby znów odpowiedzieć, że pan traktujesz sprawę zbyt nagle; że trzeba by przynajmniej trochę czasu, aby się przekonać, czy jej serce…
Nie; taką sposobność trzeba w lot chwytać po prostu. Sprawa ta przedstawia dla mnie korzyść, której w innych warunkach nie mógłbym się spodziewać: godzi się ją wziąć bez posagu[20].
Bez posagu?
Tak.
Ha! Na to już nic nie mogę odpowiedzieć. Bagatela[21]! To w istocie decydujący argument; muszę uchylić czoła.
Pewno, że to stanowi dla mnie oszczędność wcale pokaźną.
Oczywiście; nie można zaprzeczyć. Prawda, iż córka mogłaby nadmienić, że małżeństwo jest sprawą ważniejszą, niżby się zdawało; że chodzi tu o szczęście lub niedolę całego życia; że zobowiązanie, które ma trwać aż do zgonu, należy zaciągać z największą ostrożnością…
Bez posagu!
Ma pan słuszność; to rozstrzyga o wszystkim; rozumie się. Są ludzie, którzy by mogli sądzić, że w podobnej sprawie należałoby się liczyć i ze skłonnością córki; że tak znaczna nierówność wieku, chęci i usposobień narazić może na dotkliwe niebezpieczeństwa…
Bez posagu!
Tak, na to nie ma żadnej odpowiedzi; wiadomo. Któż, u diaska, mógłby się sprzeciwiać! Istnieją wprawdzie ojcowie, którzy by woleli raczej liczyć się z chęciami córki niż z takim wydatkiem; którzy by nie chcieli poświęcić jej szczęścia dla swojej korzyści i którzy ponad wszystko inne stawiają w małżeństwie słodką wzajemną sympatię, ową rękojmię czci, spokoju i szczęścia; słowem…
Bez posagu!
To prawda; to zamyka usta. Bez posagu! Jak się tu oprzeć takiemu argumentowi?
Oho! Zdaje mi się, że to pies szczeka. Czy tam komu nie przyszła chętka dobierać się do moich pieniędzy? Do Walerego. Nie rusz się; wracam za chwilę.
Czy ty żarty stroisz, Walery, aby mówić w ten sposób?
To aby go nie rozdrażnić i łatwiej dać sobie z nim radę. Sprzeciwiać się wprost to pewny sposób, aby wszystko popsuć; są ludzie, których można opanować jedynie pozorną ustępliwością, usposobienia nieznoszące opozycji. Takie natury buntują się przeciw każdej prawdzie, bronią się ile w ich mocy przed drogą rozsądku i jedynie krętymi ścieżkami można je doprowadzić tam, gdzie się zamierza. Udaj, że się zgadzasz na wszystko, a łatwiej zdołasz…
Ale to małżeństwo, Walery!…
Poszukamy sposobów, aby je udaremnić.
Ale jakich, skoro jeszcze dziś wieczór ma być zawarte?
Trzeba wyprosić zwłokę: najlepiej udać chorobę.
Zawezwą lekarzy i podstęp się wykryje.
Żartujesz? Czyż oni mają o tym jakie pojęcie? Tylko śmiało, możesz sobie wybrać chorobę, jaka ci się żywnie spodoba; znajdą z pewnością uczone argumenty, aby wytłumaczyć, skąd się wzięła.
Zdawało mi się tylko, Bogu dzięki.
A wreszcie, jako ostatni sposób, zostaje nam ucieczka, i jeśli miłość twoja, piękna Elizo, potrafi się zdobyć… Spostrzegając Harpagona. Tak, córka powinna być posłuszna ojcu. Nie trzeba zważać, czy mąż się podoba czy nie. Bez posagu! To wielkie słowo: gdy taki argument wchodzi w grę, obowiązkiem jest zamknąć oczy na wszystko.
Dobrze, to się nazywa mówić! O!
Przepraszam pana bardzo, jeśli się cokolwiek uniosłem i ośmielam się mówić do córki w ten sposób.
Jak to! Ależ zachwycony jestem! Chciałbym, abyś zyskał na nią wpływ nieograniczony. Do Elizy Tak, możesz się boczyć, ile ci się podoba: przelewam na niego całą władzę, od nieba mi daną, i życzę sobie, abyś we wszystkim była mu posłuszna.
Czy wobec tego zechce pani opierać się jeszcze…
Panie, pójdę jej jeszcze roztrząsać sumienie.
Owszem; bardzo ci będę wdzięczny. Z pewnością…
Zdrowo będzie, jeśli się jej trochę cugli przykróci[22].
To prawda. Należy…
Niech się pan nie obawia. Mniemam, iż dam sobie radę.
Staraj się, staraj. Muszę teraz wyjść do miasta; wrócę za małą chwilkę.
Tak, pieniądz jest darem najcenniejszym w świecie; powinnaś, pani, dziękować niebiosom, iż dały pani tak dzielnego i zacnego ojca. Skoro ktoś gotów jest wziąć pannę bez posagu, nie ma się co dłużej zastanawiać. Wszystko mieści się w tym słowie: bez posagu; ono powinno starczyć za młodość, piękność, urodzenie, honor, rozum i uczciwość.
Dzielny chłopak! To się nazywa mówić jak wyrocznia. Szczęśliwy, kto ma przy boku takiego człowieka.
A, niegodziwcze! Gdzieżeś ty się wałęsał? Czy nie kazałem…
Tak, panie; miałem też zamiar oczekiwać pana tutaj niewzruszenie, ale ojciec pański, jak wiadomo, człowiek nieodznaczający się zbytnią uprzejmością, przemocą wygnał mnie z domu. Dobrze, żem kijów przy tym nie oberwał.
Jak stoją sprawy? Rzecz nagli bardziej niż kiedy[23]; od czasu, jakeśmy się rozstali, odkryłem, iż własny ojciec jest mym współzawodnikiem.
Ojciec zakochany?
Tak — i ledwie udało mi się ukryć pomieszanie, o jakie przyprawiła mnie ta wiadomość.
Jemu wpadło do głowy się zakochać! Czy diabeł go opętał? Czy on sobie żarty stroi? Alboż miłość jest stworzona dla takich jak on?
Trzebaż było, za moje grzechy, aby go nawiedziła i ta namiętność!
Ale po cóż, w takim razie, kryje się pan przed nim ze swą miłością?
Aby nie budzić podejrzeń i, w danym razie, łatwiej przeszkodzić temu małżeństwu. Jakąż odpowiedź przynosisz?
Mój Boże, panie, pożyczać to wielka bieda. Dziwne rzeczy musi przejść, kto, jak pan, zniewolony jest oddać się w łapy lichwiarzy.
Zatem nic z interesu?
Za pozwoleniem. Imć Simon, faktor[24], którego nam polecono, człowiek ruchliwy i bardzo oddany, mówi, że na głowie by stanął dla pana, i zapewnia, że sama fizjonomia[25] pańska usposobiła go jak najżyczliwiej[26].
Dostanę zatem te piętnaście tysięcy?
Owszem; ale pod paroma waruneczkami, które trzeba będzie przyjąć, jeżeli rzecz ma przyjść do skutku.
Czy zaprowadził cię do osoby, która ma dać tę kwotę?
Cóż znowu! To nie jest takie proste. Ten człowiek jeszcze więcej od pana stara się, aby pozostać w ukryciu; nie ma pan pojęcia, co to za tajemnice! Chce, aby nazwisko jego pozostało zupełnie nieznane; dziś ma się spotkać z panem w wynajętym mieszkaniu, aby się dowiedzieć o pańskim majątku i stosunkach rodzinnych. Nie wątpię, że samo nazwisko ojca usunie wszelkie trudności.
Zwłaszcza wobec śmierci matki, której schedy[27] nikt nie może mi odebrać.
Oto parę punktów, które sam podyktował pośrednikowi, aby ten znowu zakomunikował je panu przed rozpoczęciem układów:
„Przypuściwszy, że wierzyciel znajdzie dostateczne zabezpieczenie, i że osoba zaciągająca pożyczkę jest pełnoletnia, z rodziny posiadającej majątek znaczny, pewny, niezachwiany, czysty i wolny od wszelkiego obciążenia, spisze się wyraźną i szczegółową umowę przed rejentem. Rejent ten ma być człowiekiem ze wszech miar nieposzlakowanym, wybranym w tym celu przez wierzyciela, w jego bowiem interesie leży przede wszystkim, aby akt sporządzono bez zarzutu”.
Bardzo słusznie.
„Aby nie obciążyć sumienia żadnym skrupułem, wierzyciel żąda od swoich pieniędzy jedynie jednego denara od osiemnastu”.
Jeden denar od osiemnastu? Tam do kata! To jakiś porządny człowiek. Na to nie ma powodu się żalić.
To prawda.
„Ale, ponieważ nie rozporządza pomienioną sumą i, aby nią wygodzić, zmuszony jest pożyczyć ją od kogo innego z procentem jednego denara od pięciu, dłużnik zmuszony będzie pokryć koszty tego procentu, niezależnie od procentu właściwego, zważywszy, że jedynie dla jego dogodności bezpośredni wierzyciel okazuje gotowość zaciągnięcia tej pożyczki”.
Co u diabła! To Żyd czy Turek jaki! Ależ to więcej niż dwadzieścia pięć od sta[28]!
W samej rzeczy; toż samo i ja powiedziałem. Musi się pan zastanowić.
Cóż tu się zastanawiać? Trzeba mi pieniędzy i muszę zgodzić się na wszystko.
Taką też dałem odpowiedź.
Czy jeszcze co więcej?
Już tylko jeden punkcik.
„Z żądanych piętnastu tysięcy franków pożyczający dostarczy w gotowiźnie jedynie dwanaście, w miejsce zaś pozostałej kwoty osoba zaciągająca pożyczkę przyjmuje sprzęty, ubrania i kosztowności, których spis się dołącza, a które wierzyciel obliczył, wedle najlepszej wiary, po możliwie najniższej cenie”.
Cóż to ma znaczyć?
Niech pan posłucha spisu.
„Po pierwsze, łóżko z bardzo kunsztownie haftowanymi zasłonami z sukna oliwkowego koloru; do tego sześć takichże krzeseł i kapa na łóżko; wszystko w bardzo dobrym stanie, podbite jedwabną czerwono-niebieską taftą.
Nadto baldachim na łóżko, różowy, z czystej wełny z jedwabnymi frędzlami”.
Cóż ja mam począć z tym wszystkim?
Niech pan czeka.
„Nadto dywan ścienny, przedstawiający umizgi[29] Jowisza.
Nadto stół orzechowy o dwunastu kręconych nogach, rozciągany, wraz z odpowiednią ilością krzeseł”.
A cóż mnie, u diabła…
Niechże pan będzie cierpliwy.
„Nadto trzy muszkiety[30] wykładane perłową macicą, wraz z podpórkami.
Nadto piec ceglany z dwoma alembikami i trzema zbiornikami, bardzo użyteczny dla amatorów destylacji”.
Diabli mnie biorą!
Powoli.
„Nadto lutnia bolońska, posiadająca wszystkie, lub prawie wszystkie, struny.
Nadto warcabnica z figurami oraz gra w gąskę; zabawy stanowiące bardzo miłe zajęcie w chwilach wywczasu.
Nadto skóra jaszczurcza, półczwartej[31] stopy długa wypchana sianem: osobliwość bardzo zdobiąca pokój, gdy się ją zawiesi u powały.
Wszystkie wymienione przedmioty, łącznie warte między braćmi więcej niż cztery tysiące pięćset franków, oddaje się, przez szczególną względność, za sumę tysiąca talarów.”
Niechże go zaraza zdusi razem z jego względnością, tego łotra, oprawcę! Słyszał kto kiedy o tak bezecnej lichwie[32]? Nie dość mu jeszcze straszliwego procentu, jaki wyciska, ale chce mi jeszcze wmuszać, za trzy tysiące franków, stare rupiecie, zebrane diabeł wie skąd? Ani dwustu talarów za to nie dostanę, a jednak trzeba mi się zgodzić na wszystko, co zechce. W moim położeniu do wszystkiego może mnie przymusić: wie dobrze ten łotr, że mam nóż na gardle!
Z przeproszeniem pańskim, widzę, że pan wchodzi na ten sam gościniec, po którym i imć Panurg[33] kroczył do ruiny, wybierając pieniądze z góry, kupując drogo, sprzedając tanio i przejadając zboże na pniu.
I cóż mam robić? Oto dokąd prowadzi młodych ludzi przeklęle skąpstwo ojców: niechże się potem ktoś dziwi, że im życzą najrychlejszej śmierci!
Trzeba przyznać, że ojciec potrafiłby swoim ohydnym skąpstwem oburzyć najspokojniejszego człeka. Nikt mi, Bogu dzięki, nie może zarzucić, abym sympatyzował z szubienicą; pośród moich kolegów, którzy nie bardzo przebierają w rzemiosłach, zawsze umiem się przyzwoicie wywinąć z każdej sztuczki, pachnącej choć trochę stryczkiem; ale muszę przyznać, że ten stary postępowaniem swoim budzi we mnie szaloną pokusę, aby go okraść; mniemam, iż taka kradzież byłaby naprawdę chwalebnym uczynkiem.
Daj no mi tę notatkę; przejrzę jeszcze.
Tak, panie; to młody człowiek, któremu gwałtem potrzeba pieniędzy; znajduje się w tego rodzaju położeniu, że zgodzi się na wszystkie warunki.
Ale czy myślisz, Simonie, że nie ma żadnego ryzyka? Znasz jego nazwisko, stosunki, rodzinę?
Nie. Dokładnych wiadomości nie mógłbym udzielić; wszedłem z nim w styczność jedynie przypadkiem; ale on sam dostarczy panu wyjaśnień. Służący upewnił mnie, że będziesz pan zupełnie zadowolony. Wszystko, co mógłbym powiedzieć, to iż pochodzi z rodziny bardzo bogatej, że matka już nie żyje, gotów zaś jest zobowiązać się, jeżeli pan zechce, iż ojciec umrze przed upływem ośmiu miesięcy.
Hm, to by już coś było. Miłość chrześcijańska, Simonie, nakazuje wygodzić[34] bliźnim, skoro to w naszej mocy.
Rozumie się.
Co to może znaczyć, przecież to nasz Simon rozmawia z pańskim ojcem?
Może mu ktoś powiedział, kto ja jestem? Czyżbyś ty mnie zdradził?
Oho! Tak wam było pilno! Któż panom powiedział, że to tutaj? Do Harpagona. Niech mi pan wierzy, to nie ja wyjawiłem im pańskie nazwisko i mieszkanie; ale sądzę, iż nie stało się żadne nieszczęście; ci panowie są dyskretni, możecie się więc porozumieć i tutaj.
Jak to?
Oto właśnie osoba, która pragnie u pana pożyczyć owe piętnaście tysięcy.
Jak to, obwiesiu! To ty się puszczasz na takie niecne sposoby?
Jak to, ojcze! To ty się plugawisz tak haniebnym rzemiosłem?
Więc to ty chcesz się zrujnować takimi niegodziwymi pożyczkami?
Więc to ty starasz się wzbogacić tak zbrodniczą lichwą?
Ty śmiesz jeszcze potem stawać tu przede mną?
A ty, ojcze, śmiesz jeszcze pokazywać się oczom ludzkim?
Nie wstydzisz się, powiedz, grzęznąć w takich łajdactwach, brnąć w straszliwą rozrzutność i trwonić haniebnie majątek, z trudem uzbierany przez rodziców?
Czy ojciec się nie rumieni poniżać swą godność tego rodzaju rzemiosłem? Poświęcać honor i dobre imię nienasyconej żądzy zbijania talarów? Zdzierstwem swoim przewyższać najniegodziwsze sztuczki, wymyślone kiedykolwiek przez najsłynniejszych lichwiarzy?
Precz z moich oczu, łotrze! Precz z moich oczu!
Kto jest większym zbrodniarzem według ciebie, ojcze: czy ten, kto drogo nabywa pieniądze, których potrzebuje, czy ten, kto kradnie pieniądze, nie mając ich na co użyć?
Ruszaj stąd, mówię, nie doprowadzaj mnie do ostateczności! Sam. Swoją drogą, rad jestem z tego spotkania; to dla mnie przestroga, abym bardziej niż kiedy miał oko na jego czynności.
Panie…
Zaczekaj tu chwilę; mam z tobą do pomówienia. Na stronie. Muszę troszeczkę zajrzeć do moich pieniędzy.
Zdarzenie doprawdy paradne! Musi mieć stary widocznie gdzieś jakiś duży skład rupieci, z domowych rzeczy bowiem nic nie zauważyłem w tym spisie.
Ejże! To ty, poczciwy Strzałko? Skądże cię tu spotykam?
He, he! To ty, Frozyno. Cóż ty tu porabiasz?
To samo, co wszędzie; pośredniczę w interesach, oddaję ludziom przysługi i korzystam jak mogę z moich talencików. Wiesz dobrze, że na świecie trzeba umieć sobie dawać radę; takim jak ja niebo dało w posagu jedynie obrotność i głowę na karku.
Masz tu jakie konszachty z pryncypałem?
Tak. Załatwiam dlań pewną drobnostkę i spodziewam się niezłej nagrody.
Od niego? Ho, ho, musiałabyś wstać bardzo rano, aby coś wydobyć; ostrzegam cię, że pieniądze w tym domu są bardzo kosztowne.
Są usługi, za które płaci się sowicie.
Upadam do nóg, widzę, że nie znasz jeszcze imć Harpagona. Pan Harpagon jest ze wszystkich ludzkich istot najmniej ludzką pod słońcem, najtwardszym i najbardziej nieużytym ze śmiertelnych. Nie ma usługi, która by doprowadziła jego wdzięczność aż do rozwiązania sakiewki. Podziękowań, pochwał, życzliwych słówek, przyjaźni, ile zapragniesz; ale pieniędzy — oho! Nic suchszego i bardziej jałowego niż jego czułości; do słowa zaś dawać ma taki wrodzony wstręt, że nie dziwiłbym się, gdyby zamiast: daję słowo mówił pożyczam słowo.
Mój Boże, już ja wiem, jak się doi ludzi; znam sekret zjednywania sobie względów, głaskania po sercu i trafiania w tkliwą strunę.
Fraszki. Założę się, że, gdy chodzi o pieniądze, nic tutaj nie wskórasz. To istny kamień, granit; gdyby człowiek konał w jego oczach, nie drgnąłby nawet. Słowem, pieniądze kocha więcej niż honor, cześć i cnotę. Żądać od niego pieniędzy znaczy przyprawić go o konwulsje, ugodzić w śmiertelne miejsce, przeszyć mu serce, wydzierać wnętrzności. Ale już wraca; umykam.
Wszystko w porządku. Głośno. I cóż, Frozyno?
Ach, Boże! Doprawdy, jak pan doskonale wygląda! To się nazywa zdrowie!
Kto? Ja?
Nigdym pana nie widziała tak świeżym i dziarskim.
Doprawdy?
Jakże! W życiu pan chyba nie wyglądał tak młodo; znam ludzi, którzy w dwudziestym piątym roku starsi są od pana.
Jednakże, Frozyno, mam już pełną sześćdziesiątkę.
No i cóż to jest sześćdziesiąt lat? Wielkie rzeczy! Teraz dopiero zaczyna się dla pana najpiękniejszy wiek mężczyzny.
To prawda; jednakże jakieś dwadzieścia latek mniej nic by nie zaszkodziło, jak sądzę.
Żartuje pan? Co panu po tym, kiedy pan i tak dożyje co najmniej setnego roku.
Myślisz?
Z pewnością. To widać na oko. Niech pan przystanie na chwilę. O, nie mówiłam! Między oczyma jaki wspaniały znak długiego życia.
Znasz się na tym?
Jakżeby! Niechże pan pokaże rękę. Mój Boże, co za linia życia!
Jak to?
Nie widzi pan, o, tutaj, tej linii?
No i cóż to ma znaczyć?
Daję słowo, mówiłam sto lat, ale pan dociągnie stu dwudziestu.
Czy podobna?
Będą musieli pana dobijać, mówię panu; pochowasz pan dzieci, wnuki i prawnuki.
Chwała Bogu! Jakże nasza sprawa?
Czy można pytać? Widział kto, aby mi się nie udało doprowadzić do końca rzeczy, do której się zabiorę? Zwłaszcza co do małżeństwa talenty mam niepospolite. Nie ma na świecie pary, której bym raz, dwa, nie umiała skojarzyć: ot, gdybym się uparła, ożeniłabym samego sułtana tureckiego z Rzeczpospolitą Wenecką. Tutaj nie miałam aż takich trudności. Ponieważ jestem z tymi kobieciętami w stosunkach, rozgadałam się jak należy o panu i zwierzyłam matce zamiary, jakie pan powziął względem Marianny, znając ją z ulicy i widując w oknie.
Cóż odpowiedziała?
Przyjęła z radością; gdym zaś powiedziała, że pan pragnie, aby Marianna wzięła dziś udział w uroczystości małżeńskiego kontraktu pańskiej córki, zgodziła się bez trudności i oddała mi ją w tym celu pod opiekę.
Bo widzisz, Frozyno, muszę dziś wydać wieczerzę dla pana Anzelma i bardzo bym pragnął, aby i ona była na tej uczcie.
Ma pan słuszność. Marianna wybiera się po obiedzie w odwiedziny do pańskiej córki, potem chciałaby zajrzeć na chwilę na jarmark i wrócić tu na wieczerzę.
Dobrze, mogą pojechać moim powozem; pożyczę im.
Doskonale.
Ale, Frozyno, czyś mówiła też z matką w sprawie posagu? Czyś wytłumaczyła jej, że powinna by o tym pomyśleć, trochę się ścisnąć, krwi sobie upuścić trochę przy takiej okazji? Bo, ostatecznie, nikt się nie żeni z panną, aby bodaj czegoś nie miała[35].
Jak to! Ależ ona wniesie panu ze dwanaście tysięcy franków rocznie.
Dwanaście tysięcy!
Tak. Przede wszystkim jest z domu przyzwyczajona do bardzo oszczędnego stołu. Ta dziewczyna nawykła żyć samą sałatą, mlekiem, serem i ziemniakami; nie będzie się trzeba wysadzać[36] na wykwintny stół, na kosztowne smakołyki ani desery, jakich wymagałaby inna kobieta: a to wcale nie drobnostka, to najmniej jakie[37] trzy tysiące franków rocznie. Dalej — włożona[38] jest do wielkiej skromności i prostoty w ubraniu, nie lubi kosztownych sukien, wspaniałych klejnotów, zbytkownych mebli, do których jej rówieśnice wzdychają zazwyczaj tak gorąco: to warte przeszło cztery tysiące rocznie. Brzydzi się grą, co dziś nieczęsto się przytrafia u kobiet. Znam sąsiadkę, która w trente et quarante[39] przegrała dwadzieścia tysięcy franków w tym roku. Ale liczmy tylko czwartą część. Pięć tysięcy rocznie na grze, cztery tysiące na strojach i kosztownościach, to czyni dziewięć tysięcy, tysiąc zaś talarów, które oszczędziliśmy na jedzeniu, czy to nie wyniesie razem okrągłych dwunastu tysięcy?
Tak: to nieźle; jednakże ten rachunek nie ma w sobie nic realnego.
Za pozwoleniem. Czy to nie jest rzecz bardzo realna, jeśli ktoś panu wnosi jako posag — wstrzemięźliwość, jako sukcesję — prostotę w ubiorze, i jako kapitał — wstręt do gier hazardowych?
Chyba kpisz, Frozyno, żeby wmawiać mi jako posag wszystkie wydatki, których nie będzie robiła! Nie będę przecież kwitował z tego, czego nie dostanę do ręki; bodaj coś muszę zobaczyć w gotowiźnie[40].
Mój Boże, dostaniesz pan, dostaniesz; mówiły mi, że gdzieś światami[41] mają jakiś mająteczek, który panu tym samym przypadnie.
Trzeba to sprawdzić. Ale, Frozyno, jeszcze jedna rzecz mnie niepokoi. Dziewczyna jest, jak ci wiadomo, młoda, a młode zazwyczaj ciągną do młodych. Lękam się, że człowiek w moim wieku może jej nie przypaść do smaku, i że to gotowe stać się przyczyną pewnych wybryczków, które by mi wcale nie były na rękę.
Ach, jak pan jej nie zna! To jeszcze jedna właściwość, którą miałam panu oznajmić: ma nieprzezwyciężony wstręt do młodych ludzi i ceni jedynie starców.
Doprawdy?
Upewniam pana. Gdybyś pan słyszał, jak ona się wyraża w tym przedmiocie! Nie może po prostu znosić widoku młodego człowieka; nic zaś jej więcej nie zachwyca, powiada, jak piękny starzec, z dużą majestatyczną brodą. Im który starszy, tym powabniejszy w jej oczach; toteż ostrzegam pana, abyś się nie starał dla niej odmładzać. Wymaga co najmniej skończonych lat sześćdziesięciu: nie dalej jak przed czterema miesiącami, już w przededniu małżeństwa, zerwała wszystkie układy, ponieważ wielbiciel przyznał się, że ma dopiero pięćdziesiąt sześć lat, i ponieważ, mając podpisywać kontrakt, nie przywdział okularów.
Jedynie dlatego?
Tak. Mówi, że pięćdziesiąt sześć lat — to jej nie wystarczy; a zwłaszcza nie cierpi nosów bez okularów.
Doprawdy, ty mi szczególne rzeczy powiadasz.
To dalej sięga, niżby sobie można wyobrazić. W pokoiku jej na przykład wisi kilka obrazków, sztychów; jak pan myśli, kogo przedstawiają? Adonisów, Cefalów, Parysów, Apollinów? Nie; to portrety Saturna, Priama, starego Nestora i poczciwego Anchizesa na barkach syna.
Nadzwyczajne! Tego doprawdy nigdy bym nie pomyślał; bardzom rad, że ona ma takie usposobienie. Ja także, gdybym był kobietą, nie przepadałbym wcale za młodymi.
Myślę sobie. Ładny mi specjał, doprawdy, te gołowąse smarkacze! Jest też co lecieć na takich żółtodzióbów! Palić się do tych papinków! Dużo się smaku kobieta w tym doszuka!
Co do mnie, nie umiem tego pojąć. Nie wiem, jakim cudem znajdują się kobiety, które tak przepadają za tym towarem.
Trzeba mieć źle w głowie. Czy można, mając klepki w porządku, dopatrzeć się czego przyjemnego w tych młokosach? Czy to mężczyźni, te wymuskane lale; czy w tym jest co do kochania?
Toż samo co dzień powtarzam: wygląda to jak zmokłe kurczę, trzy włoski pod nosem jak wąsy u kota, kłaki z włosia na głowie, portki jak banie i pępek prawie że na wierzchu!
A jak to zbudowane! Jak to wygląda przy takim człowieku jak pan! To mi mężczyzna dopiero, jest na co popatrzeć; to mi strój i figura, zdolne zawrócić w głowie kobiecie!
Wydaję ci się nieźle?
Jakże! Wprost świetnie, do odmalowania. Niech się pan trochę obróci, jeśli łaska. Kapitalnie! Niech pan się przejdzie trochę. To mi postawa kształtna, swobodna i pełna siły, nie znać wręcz najmniejszej dolegliwości.
Tak wielkich też znów nie mam, Bogu dzięki. Astma jedynie trapi mnie czasami.
To nic! Bardzo panu do twarzy z tą astmą; kaszle pan z wielkim wdziękiem.
Powiedz mi, Frozyno, czy Marianna nie zna mnie z widzenia? Nie zauważyła mnie kiedy, tak, przechodząc?
Nie; ale wiele mówiłyśmy o panu. Nakreśliłam jej pański portret; nie omieszkałam[42] wysławiać przed nią pańskich zalet oraz korzyści posiadania takiego męża.
Dobrze, bardzo ci dziękuję.
Ach, prawda, przy sposobności miałabym małą prośbę. Mam proces, który grozi przegraniem dla braku trochy[43] pieniędzy. Harpagon robi minę poważną. Mógłby pan w najprostszy sposób zapewnić mi wygraną, gdyby pan zechciał wspomóc mnie trochę. Nie uwierzyłby pan, jak ona się ucieszy z pańskiego poznania. Harpagon przybiera na powrót minę wesołą. Ach, jakże pan jej przypadnie do gustu, jakie na niej wrażenie zrobi ta staroświecka kryza! Ale, przede wszystkim, oczarowana będzie tym sposobem przytrzymania spodni za pomocą sprzączek: oszaleje po prostu; kochanek z takimi sprzączkami, temu to już doprawdy nie zdoła się oprzeć.
Bardzo mi miło to słyszeć.
Niech mi pan wierzy, ten proces, to dla mnie sprawa niezmiernej wagi. Harpagon robi się poważny. Jestem zgubiona, jeżeli go przegram, a mała, maleńka pomoc mogłaby mnie postawić na nogi. Chciałabym, abyś pan widział zachwyt, z jakim słuchała opowiadań o panu. Harpagon wraca do miny wesołej. Radość tryskała z jej oczu, gdym wyliczała wszystkie pańskie przymioty! Doprowadziłam do tego, że doczekać się nie może chwili małżeństwa.
Bardzoś poczciwa, Frozyno; doprawdy, jestem ci szczerze obowiązany.
Błagam pana, chciej nie odmawiać tego, o co proszę. Harpagon robi się znowu poważny. To mi po prostu życie ocali; wdzięczna panu będę nieskończenie.
Do widzenia. Muszę dokończyć korespodencji.
Przysięgam, że nie mógłbyś bardziej w porę pośpieszyć z pomocą.
Pójdę powiedzieć, aby przygotowali powóz, którym macie jechać na jarmark.
Nie naprzykrzałabym się z pewnością, gdyby mnie w istocie nie zmuszała ciężka potrzeba.
I polecę, niech wcześnie podadzą kolację, aby wam nie zaszkodziło.
Niechże mi pan nie odmawia łaski, o którą błagam. Nie wyobraża pan sobie, ile radości…
Idę już. Wołają mnie. Do zobaczenia.
Niechże cię febra ściśnie, ty stary psie, brudasie diabelski! Kutwa[44] udawał głuchego na wszystkie przymówki[45]; ba, nie trzeba jeszcze dawać za wygraną; na wszelki wypadek umiałam sobie z drugiej strony zapewnić sowitą nagrodę.
Dalej, chodźcie tu wszyscy; dam wam rozkazy na dzisiaj i wyznaczę każdemu jego zajęcie. Chodź no tu, pani Claude, zacznijmy od pani. Pani Claude zbliża się z miotłą. Dobrze, już pod bronią. Tobie więc powierzam obowiązek posprzątania w całym mieszkaniu; proszę tylko nie ścierać za mocno: to bardzo niszczy. Prócz tego, oddaję pani podczas wieczerzy nadzór nad butelkami: jeśli się która gdzieś zawieruszy albo też jeśli się coś stłucze, pani będziesz za to odpowiadała: wytrąci się z zasług[46].
Roztropny wymiar kary.
No, ruszaj pani.
Ciebie, Ździebełko, i ciebie, Szczygiełek, przeznaczam do płukania szklanek i nalewania wina, ale tylko wówczas, gdy ktoś będzie miał pragnienie, a nie wzorem tych błaznów lokai, co to naprzykrzają się ludziom i namawiają do picia wówczas, kiedy się nikomu o tym nie śniło! Czekajcie, aż ktoś poprosi, i to nie jeden raz, a pamiętajcie przy tym nie żałować i wody.
Tak. Czyste wino uderza do głowy.
Czy mamy zdjąć płótnianki?
Tak, kiedy ujrzycie, że goście się już schodzą; a pamiętajcie nie zniszczyć liberii.
Ale kiedy, proszę pana, mój kaftan po jednej stronie z przodu strasznie poplamiony olejem…
A znowu moje szarawary całkiem podarte z tyłu, tak, że mi widać, uczciwszy uszy…
Sza! Trzymaj się zręcznie koło ściany i obracaj się zawsze frontem. Do Ździebelka, pokazując mu, w jaki sposób ma trzymać kapelusz przed sobą, aby zasłonić plamę z oleju A ty, kiedy będziesz usługiwał, trzymaj zawsze kapelusz w ten sposób.
Ty, moja córko, będziesz miała oko, gdy będą sprzątali ze stołu, i będziesz uważała, aby nic nie przepadło. To zajęcie dla młodej panienki. A pamiętaj też przyjąć jak należy moją narzeczoną, która cię chce odwiedzić: zabierzesz ją z sobą na jarmark. Rozumiesz?
Tak, ojcze.
Tak, niuńko.
A ty, paniczu, któremu łaskawie przebaczyłem ostatnie wybryki, proszę, aby ci również nie wpadło do głowy wykrzywiać się na nią.
Ja, ojcze? Wykrzywiać się na nią! Z jakiej przyczyny?
Mój Boże! Już my wiemy, co sobie myślą dzieci, kiedy ojciec żeni się powtórnie, i jakim okiem patrzą zazwyczaj na tak zwaną macochę. Ale, jeżeli pragniesz, abym zupełnie wymazał z pamięci ostatnią sprawkę, zalecam ci, byś tę osobę przyjął jak najuprzejmiej i był dla niej tak grzeczny, jak tylko zdołasz.
Jeżeli mam prawdę wyznać, ojcze, nie mogę powiedzieć, abym był bardzo rad z tego, iż ta osoba zostanie moją macochą: skłamałbym, gdybym to utrzymywał; ale, co się tyczy grzecznego przyjęcia, ręczę ci, ojcze, iż pod tym względem spotkasz się z najściślejszym posłuszeństwem.
No, pamiętaj!
Zobaczysz, ojcze, nie będziesz miał powodu się uskarżać.
Bardzo ci się to chwali.
Walery, pomóż mi w tej sprawie. Chodź tu, imci[47] Jakubie, zbliż się, zachowałem cię na ostatek.
Czy do stangreta zamierza pan mówić czy do kucharza? Bo jestem i jednym, i drugim.
Do obydwóch.
Ale do którego najpierw?
Do kucharza.
Niech pan zaczeka, jeśli łaska. Zdejmuje liberię stangreta i ukazuje się ubrany za kucharza.
Cóż to, u diaska, za jakieś komedie?
Jestem na usługi.
Przyrzekłem wydać dziś kolację, Jakubie.
Cuda się dzieją!
Powiedz no mi: potrafisz zgotować jak się należy?
Owszem, jeżeli pan da dosyć pieniędzy.
Cóż u diabła, ciągle pieniędzy! Zdawałoby się, że oni nie umieją nic innego, jak tylko: pieniędzy, pieniędzy, pieniędzy. Wciąż jedno słowo w gębie: pieniędzy! Ciągle słyszę tylko: pieniędzy! Oto ich ulubiony konik: pieniądze!
Słyszał kto kiedy bezczelniejszą odpowiedź! Wielka sztuka ugotować dobrą kolację za drogie pieniądze! To najłatwiejsza rzecz pod słońcem; nie ma tak miernej mózgownicy, która by się nie wysiliła na to. Kto chce okazać, że jest zdatnym człowiekiem, powinien umieć dać dobrze jeść za tanie pieniądze.
Dobrze jeść za tanie pieniądze?
Rozumie się.
Dalibóg, panie rządco, bardzo byłbym wdzięczny, gdybyś mnie pan nauczył tego sekretu i objął urząd kucharza, bo, jak widzę, w tym domu do wszystkiego chcesz nos wściubiać.
Cicho mi! Czegóż więc trzeba?
Oto jest tu pan rządca, który ugotuje panu dobrze jeść za tanie pieniądze.
Hej tam! Masz mi odpowiadać na pytanie.
Ileż osób?
Osiem do dziesięciu; ale trzeba liczyć tylko na osiem. Gdzie jest dla ośmiu, znajdzie się i dla dziesięciu.
Rozumie się.
Ano, to trzeba będzie cztery wielkie dania i pięć przystawek. Zupa… Pierwsze danie…
Cóż u diabła, to by starczyło dla całego miasta!
Pieczyste…
A, łotrze, pożreć chcesz mnie całego!
Legumina…
Jeszcze?
Chcesz, aby wszyscy popękali? Czy pan po to sprosił gości, aby ich uśmiercać z przejedzenia? Idźże sobie przeczytać jakie przepisy zdrowotne i popytaj się lekarzy, czy może być coś szkodliwszego dla człowieka niż nadmierne jedzenie.
Ma słuszność.
Dowiedzże się, Jakubie, ty i podobni tobie, że to prosta mordownia — stół przeładowany potrawami. Kto chce się okazać prawdziwym przyjacielem swoich gości, daje im jeść skromnie; toć, wedle słów starożytnego filozofa, po to się je, aby żyć, nie zaś po to żyje, aby jeść.
Ach, pięknie powiedziane! To najpiękniejsza sentencja, jaką słyszałem w życiu: Po to się żyje, aby jeść, a nie po to je, aby żyć… Nie, nie, to nie to. Jak ty to powiedziałeś?
Że po to się je, aby żyć, a nie po to żyje, aby jeść.
Aha. Słyszałeś? Do Walerego Cóż to za wielki mędrzec powiedział?
Nie przypominam sobie w tej chwili.
Pamiętaj mi spisać te słowa: chcę je wyryć złotymi literami nad kominkiem.
Nie omieszkam. Co zaś się tyczy wieczerzy, niech pan to mnie pozostawi; już ja wszystko zarządzę jak trzeba.
Więc dobrze.
Tym lepiej! Mniej będę miał kłopotu.
Najlepiej dać coś takiego, czego nie można dużo jeść i co zaraz syci; ot, potrawkę baranią, dobrze tłustą: do tego ciasto nadziewane gęsto kasztanami. To zapycha.
Niech się pan na mnie spuści[48].
A teraz, Jakubie, trzeba wychędożyć[49] karocę.
Niech pan czeka: to do stangreta. Wkłada płaszcz. Powiada pan…
Że trzeba wychędożyć karocę i mieć konie w pogotowiu. Zawieziesz na jarmark…
Pańskie konie? Ależ, dalibóg, one po prostu z nóg lecą! Nie powiem panu, że leżą na podściółce: biedne zwierzęta nie wiedzą, co to podściółka, nie ma co o tym gadać! Ale trzyma je pan na tak ścisłym poście, że to już zaledwie cienie, widma, szkielety, a nie konie.
Wielka im krzywda! Cały dzień nic nie robią.
Pan myśli, że kto nic nie robi, to już jeść nie potrzebuje? Lepiej by wyszło na zdrowie biednym bydlętom pracować porządnie, ale za to najeść się do syta. Serce się kraje patrzeć na tę mizerię! Bo, koniec końców, człowiek ma serce dla swoich koni: zdaje mu się, że sam cierpi, kiedy patrzy na ich niedolę. Od ust sobie codziennie odejmuję, aby je pożywić; to, proszę pana, trzeba być z kamienia, aby tak nie mieć litości nad bliźnim…
Niewielka praca odwieźć panienki na jarmark.
Nie, panie, nie miałbym odwagi ich zaprząc, sumienie by mnie gryzło, gdybym uderzył batem te chudzięta. Jakże pan chcesz, aby one zawlokły karocę, skoro same ledwie się wloką!
Uproszę sąsiada, aby zastąpił Jakuba na koźle; wszakże i tak będzie tu potrzebny.
Niech będzie. Wolę już, niech zginą z innej ręki, nie z mojej.
Pan Jakub coś dużo rezonuje.
Pan rządca coś we wszystko nos wścibia.
Cicho tam!
Ja bo[50], proszę pana, znieść nie mogę lizunów[51] i dobrze widzę, do czego to zmierza. Te jego wieczne trzęsienie się nad chlebem, winem, nad drzewem, solą i świecami, to tylko po to, aby panu bakę świecić[52] i ująć pana za serce. Wściekłość mnie już bierze; przykro mi, doprawdy, codziennie słyszeć, co ludzie gadają o panu. Niech co chce będzie, ja i dla pana, mimo wszystko, mam serce: po moich koniach, pan jest człowiekiem, którego kocham najwięcej na świecie.
Mógłbyś mi powiedzieć, mości[53] Jakubie, co o mnie gadają?
Owszem, gdybym był pewny, że się pan nie pogniewa.
Nie, ani trochę.
Aha! Pewien jestem, że pan by się rozzłościł.
Ani mi się śni. Owszem, przyjemność mi zrobisz; rad będę usłyszeć, co ludzie o mnie mówią.
Skoro więc pan każe, powiem otwarcie, że drwią sobie wszędzie z pana. Ze wszystkich stron przycinki za pana musimy znosić, świat nie ma większej uciechy niż dworować sobie z pana i obnosić coraz to nowe powiastki o pańskim sknerstwie. Jeden mówi, że pan każe drukować osobne kalendarze z podwójną ilością dni krzyżowych i wigilii, aby domownikom nałożyć dubeltową[54] liczbę postów; drugi, że pan zawsze się umie pogniewać o coś na służbę z okazji Nowego Roku lub odprawy, aby móc nic nie dać. Ten opowiada, że pewnego razu pozwałeś pan kota z sąsiedniego domu za to, że zjadł panu resztkę potrawki baraniej; ów, że schwytano pana w nocy, jak pan sam odkradał owies koniom, i że własny stangret, ten, co tu był przede mną, wrzepił panu po ciemku porcyjkę batogów, do których się pan nikomu nie przyznał. Słowem, mam rzec prawdę? Ruszyć się nie można, aby się nie słyszało, jak pana obrabiają na wszystkie strony. Jesteś pan pośmiewiskiem całego świata; nikt o panu inaczej nie mówi, tylko jak o skąpcu, dusigroszu, brudasie i lichwiarzu.
Jesteś głupiec, bałwan, hultaj i bezczelnik.
A co, nie zgadłem? Nie chciał pan wierzyć. Mówiłem, że się pan pogniewa, jak powiem prawdę.
Nauczę cię takich gadań!
Widzę, mości Jakubie, że źle ci płacą za twą szczerość.
Do licha, mości przybłędo, który chcesz tutaj grać ważną figurę, to nie twoja sprawa. Śmiej się z kijów, które sam dostaniesz, nie z moich.
Ejże, panie Jakubie, proszę, niech się pan nie złości.
Oho, coś mi cienko śpiewa! Spróbuję udać zucha, a jeśli będzie dość głupi, aby się przestraszyć, przetrzepię go trochę. Głośno. A czy wiesz, panie śmieszku, że ja śmieszków nie lubię i że jeżeli będziesz mi w drogę właził, nauczę cię śmiać się z innego tonu? Następuje groźno na Walerego, który się cofa.
Ejże, z wolna!
Co, z wolna? Jak mi się będzie podobało!
Za pozwoleniem.
Widzicie błazna!
Panie Jakubie…
Nie ma żadnego pana Jakuba. Jak się wezmę do kija, to ci tak skórę wyłoję…
Jak to: do kija? Walery następuje z kolei na Jakuba.
Nic, nic, ja tylko tak…
Czy ty wiesz, panie śmiałku, że bardzo łatwo mógłbym przełoić ja ciebie?
Ależ nie wątpię.
Że ostatecznie jesteś tylko lichym kuchtą?
Wiem, wiem.
I że mnie jeszcze nie znasz jak należy.
Niech pan daruje.
Wyłoisz mi skórę, powiadasz?
Tak sobie żartowałem.
A mnie twoje żarty wcale nie smakują. Okładając kijem Jakuba. Niech cię to na drugi raz oduczy od głupich żartów.
Niech diabli wezmą szczerość! To liche rzemiosło: wyrzekam się go; odtąd nie w głowie mi mówić prawdę. Mniejsza zresztą o mego pana; on ma przynajmniej jakieś prawo mnie grzmocić; ale co z panem rządcą, jeszcze się porachujemy.
Nie wiesz, Jakubie, czy pan w domu?
O, w domu, w domu, wiem aż nadto dobrze.
Powiedz mu, proszę, że czekamy.
Oho, jakiś niebrzydki buziaczek!
Ach, Frozyno, tak mi dziwnie jakoś; jeśli mam prawdę powiedzieć, strasznie się boję tego spotkania.
Ale dlaczego? Skądże ten niepokój?
Ach, ty się pytasz? Czy nie możesz sobie wyobrazić uczucia osoby, która za chwilę ma zobaczyć narzędzia tortur, na jakie jest skazana?
Wierzę bardzo, że gdyby chodziło o przyjemny rodzaj śmierci, wolałabyś do tego inne narzędzie niż pana Harpagona. Poznaję z twojej minki, że młody elegancik, o którym mi mówiłaś, zaprószył ci nieco głowę.
Tak, Frozyno, nie myślę przeczyć; wyznaję, iż kilkakrotne jego odwiedziny i obejście tak pełne grzeczności i szacunku zostawiły mi nader miłe wspomnienie.
Ale czy dowiedziałaś się bodaj, kto to taki?
Nie, nie wiem; ale to wiem, że jest człowiekiem, którego można pokochać. To pewna, gdyby rzeczy zależały od mego wyboru, wolałabym raczej jego niż innego, i wspomnienie to niemałą odgrywa rolę we wstręcie do narzuconego mi małżeństwa.
Mój Boże! takie gagatki są bardzo przyjemne i umieją się przypodobać; ale cóż, zwykle są goli jak święci tureccy. Lepszy zaprawdę los czeka cię z mężem starym, ale bogatym. Przyznaję, że związek taki nie wróży zbyt wielkich rozkoszy i że trzeba będzie przewalczyć trochę wstrętu; ale to przecież nie na wieczność! Śmierć jego, wierzaj, pozwoli ci znaleźć kogoś milszego, kto zatrze to przykre wspomnienie.
Mój Boże, Frozyno, to straszna rzecz, iż, aby móc być szczęśliwą, trzeba życzyć lub oczekiwać dopiero czyjegoś zgonu! Śmierć nie zawsze jest tak uprzejma dla naszych zamiarów.
Czy panna żartuje? Wychodzisz zań tylko z tym warunkiem, że zostajesz prędko wdową; to jeden z punktów ślubnego kontraktu! To byłaby bezczelność, gdyby miał nie umrzeć do kwartału[55]! Ale otóż i on we własnej osobie.
Ach, Frozyno, cóż za postać!
Nie gniewaj się, piękna panienko, że ci się ośmielam przedstawić w okularach. Wiem, że twoje wdzięki dostatecznie jaśnieją oczom, dość są widoczne same przez się i nie potrzeba szkieł, aby się ich dopatrzeć; ale wszak i na gwiazdy ludzie patrzą przez szkła. Ja twierdzę i zaręczam, że pani jesteś gwiazdą, i jaką gwiazdą! Najpiękniejszą gwiazdą, jaka istniała kiedy w krainie gwiazd. Frozyno, ależ ona nic nie odpowiada? Nie okazuje żadnej radości z mego widoku?
Jeszcze nie może ochłonąć; przy tym dziewczęta zawsze się wstydzą pokazać tak od razu, co się dzieje w serduszku.
Masz słuszność. Do Marianny Oto, piękna duszyczko, córka pragnie się z tobą przywitać.
Zbyt późno dopełniam tego miłego obowiązku.
Pani uczyniłaś to, co ja powinnam była uczynić: do mnie należało uprzedzić panią.
Duża dziewczyna, nieprawdaż? Ale złe zielsko zawsze prędko rośnie.
O, cóż za wstrętny człowiek.
Co mówi moja ślicznotka?
Że pan jest zachwycający.
Zbyt jesteś łaskawa, czarująca istoto.
Cóż za figura!
Jestem ci nader obowiązany za takie uczucia.
Nie wytrzymam dłużej.
Oto syn pragnie złożyć ci uszanowanie.
Ach, Frozyno, cóż za zdarzenie! To właśnie ten, o którym ci mówiłam.
Istotnie, nadzwyczajny zbieg okoliczności.
Uważam, iż pani się dziwi, widząc mnie ojcem tak dorosłych dzieci, ale wkrótce zbędę się obojga.
Jeśli mam pani prawdę wyznać, nie spodziewałem się nigdy takiego spotkania. Zdziwiłem się niemało, kiedy mi dziś rano ojciec obwieścił swój zamiar.
Toż samo mogłabym powiedzieć o sobie. To spotkanie zaskoczyło mnie nie mniej od pana; nie byłam przygotowana na taką przygodę[56].
To pewna, pani, iż ojciec nie mógł uczynić lepszego wyboru i że zaszczyt oglądania pani jest dla mnie niemałym szczęściem; jednakże, mimo wszystko, nie będę pani upewniał, iż z radością powitam w tobie moją macochę. Dworne owacje zbyt trudne mi są w tych warunkach; niepodobieństwem mi jest winszować pani tego tytułu. Te słowa mogłyby się wydać nie dość uprzejme; ale pewien jestem, że ty, pani, zrozumiesz je tak, jak należy, i pojmiesz, iż ten związek musi we mnie budzić bardzo naturalną odrazę. Wiedząc, kim jestem, nie możesz się nie domyślać, do jakiego stopnia staje on w drodze[57] mym pragnieniom; jeżeli mam prawdę wyznać, powiem, z przeproszeniem mego ojca, że gdyby rzeczy zależały ode mnie, małżeństwo to nie przyszłoby nigdy do skutku.
A to doprawdy bezwstydnik! Ładna oracja powitalna!
Ja zaś, w odpowiedzi, wyznam, że moje uczucia w tym względzie są zupełnie podobne. Jeżeli panu byłoby przykro widzieć we mnie macochę, i mnie również bardzo byłoby niemiło ujrzeć w nim pasierba. Nie myśl, proszę, że to z mej woli grozi panu to niebezpieczeństwo. Za nic nie chciałabym panu zrobić przykrości; i, o ile przemoc nie zmusi mnie do tego, daję panu słowo, że nie przystanę nigdy na małżeństwo, które pana martwi.
Ma słuszność. Na takie głupie odezwanie trzeba odpowiedzieć z tego samego tonu. Przepraszam cię bardzo, ślicznotko, za zuchwalstwo syna; głuptas nie pojmuje jeszcze znaczenia tego, co mówi.
Upewniam, że się nie czuję bynajmniej obrażoną; przeciwnie, sprawił mi przyjemność, wyrażając otwarcie swe prawdziwe uczucia. Podoba mi się to wyznanie; gdyby przemówił inaczej, zmniejszyłoby to mój szacunek dla niego.
Zbyt dobra jesteś, że tak tłumaczysz jego głupstwa. Z czasem zresztą nabierze rozsądku; zobaczysz, że zmieni zapatrywania.
Nie, ojcze, nie byłbym zdolen[58] odmienić uczuć i proszę usilnie panią, byś zechciała im uwierzyć.
Patrzcie mi błazna! Brnie coraz dalej!
Czy chciałbyś, ojcze, abym kłamał swoim myślom?
Jeszcze! Zaczniesz ty mi gadać z innego tonu?
Dobrze więc, ojcze, skoro tak każesz, będę przemawiał inaczej. Pozwól więc, pani, że postawię się na miejscu ojca i wyznam ci, iż nie widziałem w świecie nic równie uroczego; nie pojmuję większego szczęścia niż podobać się tobie; tytuł twego męża jest zaszczytem i rozkoszą, które bym przełożył nad potęgę największych władców świata. Tak, pani; szczęście posiadania cię jest w moich oczach najpiękniejszym losem, a w zdobyciu go pokładałbym całą mą dumę. Nie istnieje nic, czego bym nie był zdolny uczynić dla tak kosztownej nagrody; najpotężniejsze zapory…
Hola, synu, hola!
W twoim imieniu, ojcze, przemawiałem do pani.
Do kroćset, mam język, aby mówić za siebie; nie potrzebuję adwokata. Hej tam, krzeseł!
Nie; lepiej udamy się teraz na jarmark, aby wcześniej wrócić i mieć więcej czasu do gawędki.
Wołaj tam, niech zaprzęga.
Zechciej wybaczyć, ślicznotko, że nie pomyślałem o jakiej przekąsce przed spacerem.
Postarałem się o to, ojcze: kazałem w twoim imieniu przynieść parę koszy chińskich pomarańcz, daktyli i konfitur.
Walery!
Zwariował!
Uważasz, ojcze, że to nie dosyć? Mam nadzieję, że pani zechce darować…
Ależ i to było zupełnie zbyteczne.
Czy zdarzyło się pani widzieć kiedy[59] piękniejszy diament, niż ten, który ojciec ma na palcu?
W istocie, błyszczy wspaniale.
Musi pani blisko zobaczyć.
Bardzo piękny, rzeczywiście, ogień ma niezrównany.
Nie, pani, w zbyt pięknych znajduje się rączkach. Chciej pani przyjąć ten mały upominek, jaki ci składa ojciec.
Ja?
Nieprawdaż, ojcze, pragnąłbyś, aby pani przyjęła ten pierścień dla twojej miłości?
Jak to?
Ależ tak! Ojciec daje mi znaki, abym panią nakłonił do przyjęcia.
Nie chciałabym…
Żartuje pani? Za nic w świecie nie wziąłby go z powrotem.
Oszaleję!
To byłoby…
Ależ nie, pani, to byłaby obraza.
Ależ proszę.
Ani mowy.
Niech wszyscy czarci…
O, jaki wzburzony odmową!
A, zdrajco!
Widzi pani, jest w rozpaczy.
Kacie! Opryszku!
To nie moja wina, ojcze. Robię, co mogę, aby panią nakłonić; cóż, kiedy się upiera.
Wisielcze!
Jesteś pani przyczyną, iż ojciec pogniewał się na mnie.
Łotrze!
Przyprawisz go o chorobę. Przez litość, pani, nie opieraj się dłużej.
Mój Boże! Cóż za ceremonie. Weźże pierścionek, skoro pan chce koniecznie.
Aby więc pana nie gniewać, zatrzymuję go na razie, lecz nie omieszkam zwrócić przy sposobności.
Panie, człowiek jakiś chce mówić z panem.
Powiedz, że jestem zajęty; niech przyjdzie innym razem.
Mówi, że przyniósł pieniądze dla pana.
Wybacz mi, pani; wracam natychmiast.
Panie…
Och! Zabił mnie.
Co się stało, ojcze, czy zrobiłeś sobie co złego?
Zdrajca! Musieli go przekupić moi dłużnicy, aby mi kark skręcił.
Ależ nie, nic panu nie będzie.
Przepraszam bardzo, myślałem, że trzeba się śpieszyć.
Czego chcesz, gałganie?
Chciałem powiedzieć, że konie niepodkute.
Niechże je prędko zawiodą do kowala.
Zanim więc je okują, pozwolisz, ojcze, że będę za ciebie robił honory domu i zaprowadzę panią do ogrodu, gdzie kazałem podać podwieczorek.
Walery, miejże przynajmniej oko na wszystko i staraj się uratować, ile będzie można, aby odesłać z powrotem do sklepu.
Niech pan będzie spokojny.
O synu wyrodny! Chcesz więc mej ruiny?
Zostańmy tutaj, będzie nam o wiele lepiej. Nikt nie podsłuchuje, możemy mówić swobodnie.
Tak, pani; brat zwierzył mi się z miłości swej dla ciebie. Znam dobrze przykrości i niedole takiego położenia; niech mi pani wierzy, z całego serca biorę udział w waszej sprawie.
Jakąż miłą pociechą jest posiadać życzliwość osoby takiej, jak pani! Błagam, abyś na zawsze zechciała mi zachować tę szlachetną przyjaźń, podwójnie cenną w moich smutnych losach.
Daję słowo, kapitalne głupstwo strzeliliście oboje, żeście mi się zawczasu nie zwierzyli z całą historią. Oszczędziłabym wam z pewnością niejednego kłopotu i nie bylibyśmy zabrnęli tak daleko.
Cóż robić? Widocznie mój zły los tak pokierował sprawą. Ale, piękna Marianno, powiedz, jakie ty masz plany?
Mój Boże, czyż w mojej jest mocy czynić jakieś postanowienia? Zależność, w jakiej żyję, czyliż mi się nie każe ograniczyć jeno do życzeń?
Więc żadnego oparcia nie ma dla mnie w twoim sercu, tylko same życzenia? Żadnego współczucia? Sympatii? Ani śladu przywiązania zdolnego do czynu?
Cóż mam powiedzieć, Kleancie? Postaw się na moim miejscu! Radź, rozkazuj sam; zdaję się zupełnie na ciebie; zbyt jestem pewna twego charakteru, aby przypuszczać, iż mógłbyś żądać czegoś sprzecznego z honorem i przystojnością.
Ach, i cóż za los być ograniczonym do tego, na co pozwalają ciasne uczucia surowego honoru i małodusznej przystojności!
Cóż chcesz? Gdybym nawet chciała pominąć względy powinne mej płci, nie mogę zapomnieć o matce. Nie potrafiłabym przemóc na sobie, aby niewdzięcznością odpłacić dobroć i serdeczność, jakich zawsze doznawałam. Ją staraj się przekonać; użyj wszystkich dróg, aby ją zjednać. Możesz czynić i mówić, co ci się podoba, daję ci zupełną swobodę; gdybyć chodziło tylko o to, bym oświadczyła się na twoją korzyść, chętnie jestem gotowa wyznać wszystko, co czuję.
Frozyno, poczciwa Frozyno, a ty, czy zechcesz dopomóc?
Czyż trzeba nawet pytać? Chciałabym, z całego serca. Wiecie dobrze, że ja mam dość sobie ludzką naturę. Niebo nie dało mi serca z kamienia; aż nadto lubię wyświadczać ludziom przysługi, a cóż dopiero, gdy widzę młodych, kochających się tak poczciwie i szczerze. Jakże tedy wziąć się do rzeczy?
Pomyśl trochę, proszę cię o to.
Poradź co.
Znajdź sposób odrobienia tego, coś zdziałała.
To nie tak łatwo. Do Marianny Co się tyczy matki, to ma ona na tyle rozsądku, aby ją można było przejednać i nakłonić; zgodzi się może przelać na syna to, co przeznaczała dla ojca. Do Kleanta Ale największa bieda, to że pański ojciec jest pańskim ojcem.
To oczywiste.
Myślę niby, że zachowa ciężką urazę, jeśli dostanie odkosza[60], i wcale go to nie usposobi życzliwie dla pańskiego małżeństwa. Trzeba by tedy, aby zerwanie wyszło od niego samego i aby w jakiś sposób mógł się zrazić do Marianny.
Masz słuszność.
Wiem, że mam słuszność, ale to jeszcze mało. To by zatem była droga: ale licho wie, jak znaleźć po temu środki. Czekajcie, gdyby się postarać o jakąś kobietę, nie nadto młodą, sprytną — niby coś w moim rodzaju — która by, przebrana naprędce, pod jakimś dziwacznym nazwiskiem markizy lub wicehrabiny, umiała odegrać rolę znakomitej damy, gdzieś z Bretanii czy skądinąd. Podejmuję się wmówić w ojca, że to jest osoba, która, prócz nieruchomości, posiada sto tysięcy talarów w gotowiźnie; że zakochała się w nim śmiertelnie i pragnie koniecznie zostać jego żoną, tak iż gotowa jest intercyzą przekazać mu cały majątek. Ani wątpię, że da się złapać. Bo, ostatecznie, on kocha pannę bardzo, wiem, ale cośkolwiek bardziej jeszcze kocha złotko: i skoro, omamiony jego blaskiem, zgodzi się ustąpić ciebie, mniejsza, że później czeka go ciężkie rozczarowanie co do owej markizy.
Bardzo dobry pomysł.
Pozwólcie mi tylko działać. Przypominam sobie jedną z przyjaciółek, która się nada tutaj doskonale.
Bądź przekonana, Frozyno, o mojej wdzięczności. W każdym razie, urocza Marianno, pozwól, abyśmy zaczęli sprawę od zjednania matki; to już byłby duży krok naprzód. Uczyń, błagam, ze swej strony wszystko, co będzie w twej mocy. Użyj wpływu, jaki ci daje jej przywiązanie do ciebie. Rozwiń siłę twej wymowy, wszystkie potężne czary, jakie niebo włożyło w twe oczy i usta, i nie poniechaj tych czułych słówek, nieśmiałych próśb i przymilnych pieszczot, którym, to pewna, nikt się oprzeć nie potrafi.
Uczynię, co w mej mocy, nie zaniedbam niczego.
Ho, ho! Syn całuje w rękę przyszłą macochę, a pani macocha coś się nie bardzo opiera! Czyżby się w tym kryła jakaś tajemnica?
Ojciec idzie.
Karoca gotowa: możecie jechać, choćby zaraz.
Skoro nie jedziesz, ojcze, może ja paniom będę towarzyszył.
Nie: zostań. Mogą pojechać i same; będziesz mi potrzebny.
I cóż, Kleancie, pomijając kwestię macochy, jak ci się wydaje ta młoda osoba?
Jak mi się wydaje?
Tak, co sądzisz o jej obejściu[61], urodzie, wykształceniu?
Phi!
Cóż zatem?
Jeśli mam mówić szczerze, muszę przyznać, żem się rozczarował. Robi wrażenie skończonej kokietki, figura dość niezręczna, uroda średnia, a rozumek nader pospolity. Nie myśl, ojcze, że mówię to, aby cię zniechęcić. Skoro ma być macocha, ta czy inna, to już wszystko jedno.
Mówiłeś jednak przed chwilą…
Powiedziałem jej parę grzeczności w twoim imieniu, ojcze, aby ci zrobić przyjemność.
Zatem nie masz do niej żadnej sympatii?
Ja? Ani trochę.
Bardzo tedy żałuję; to niweczy pewien projekt, który urodził mi się w głowie. Patrząc na nią, zacząłem zastanawiać się nad moim wiekiem; pomyślałem, że świat miałby prawo bardzo głową kręcić, iż biorę za żonę tak młodą osobę. Ten wzgląd sprawił, iż postanowiłem odstąpić od zamiaru; że zaś już prosiłem o jej rękę i jestem poniekąd związany, byłbym ją oddał tobie, gdyby nie twoja tak wyraźna niechęć.
Mnie?
Tobie.
Za żonę?
Za żonę.
Posłuchaj, ojcze. To prawda, nie jestem zbyt zachwycony tą panienką, ale, aby ci zrobić przyjemność, gotów jestem zaślubić ją, jeśli każesz.
Nie, synu, jestem rozsądniejszy, niż myślisz, nie chcę cię zmuszać wbrew skłonności.
Pozwól, ojcze: zadam sobie ten przymus dla ciebie.
Nie, nie. Małżeństwo nie może być szczęśliwe bez prawdziwego przywiązania.
To może znaleźć się z czasem, ojcze! Wszakże mówią, że miłość jest często owocem małżeństwa.
Nie; mężczyzna nie powinien puszczać się na takie próby: potem są z tego przykre skutki, za które ja nie chcę odpowiadać. Gdybyś czuł jakąś sympatię dla niej, a, wówczas, to co innego; ożeniłbym cię w moje miejsce; ale, gdy tego nie ma, pójdę za pierwotnym zamiarem i sam ją poślubię.
A więc, ojcze, skoro tak, trzeba, abym ci odsłonił serce i wyjawił naszą tajemnicę. Wiedz, iż pokochałem Mariannę od pierwszego dnia, w którym ujrzałem ją na przechadzce. Zamiarem moim było prosić cię o pozwolenie zaślubienia jej i powstrzymała mnie jedynie świadomość twoich zamiarów i obawa twego gniewu.
Czyś ją odwiedzał i w domu?
Tak, ojcze.
Często?
Dość często, jak na czas tak krótki.
Dobrze cię przyjmowano?
Bardzo dobrze, lecz nie wiedząc, kim jestem; to właśnie przyczyna zdziwienia Marianny.
Czy wyjawiłeś jej swoje uczucia i zamiary?
Owszem; mówiłem nawet z matką.
Jakże przyjęła oświadczyny?
Bardzo życzliwie.
A córka, czy odwzajemnia twoje uczucie?
Jeśli mam wierzyć temu, co mi okazuje, sądzę, ojcze, że ma dla mnie niejaką przychylność.
Bardzom rad, że wiem, czego się trzymać; o to mi właśnie chodziło. Głośno. Otóż, synu, czy wiesz, co ci powiem? Że musisz z łaski swojej wybić sobie tę miłostkę z głowy, zaniechać wszelkich kroków względem osoby, którą ja dla siebie wybrałem, oraz jak najrychlej zaślubić tę, którą ci przeznaczam.
Więc tak, ojcze! W ten sposób igrasz ze mną? Dobrze zatem, skoro rzeczy zaszły tak daleko, oświadczam ci, ojcze, że nie poniecham Marianny; że nie ma ostateczności, do ktorej bym się nie posunął, aby ci wydrzeć zdobycz; i że jeżeli ty masz zgodę matki, ja może znajdę inne drogi.
Jak to, obwiesiu! Ty byś śmiał ojcu stawać w drodze[62]!
To ojciec mnie staje w drodze: ja mam prawo pierwszeństwa.
Czy nie jestem twoim rodzicem? Czyś mi nie jest winien uszanowanie?
To nie są rzeczy, w których by dzieci winny ustępować rodzicom: miłość nie zna takich względów.
Ty mnie poznasz, jak cię porządnie kijem wygrzmocę.
Wszystkie groźby nie zdadzą się na nic.
Wyrzekniesz się Marianny?
Nigdy.
Kija! Dawajcie prędko kija!
Panowie, co to? Panowie! Co się dzieje?
Drwię sobie z tego!
Paniczu, powoli, powoli.
A to bezczelnik!
Panie, panie, przez litość!
Nie ustąpię ani kroku.
Paniczu! Własnemu ojcu?
Puść mnie, ja go nauczę.
Panie! Własnego syna? Mnie jak mnie, ale syna…
Niechże więc Jakub sam rozsądzi tę sprawę i powie, czy mam słuszność.
Więc dobrze. Do Kleanta Niech się pan trochę oddali.
Kocham pewną osobę i pragnę ją zaślubić; a ten bezczelny obwieś durzy się w niej również i chce się o nią starać wbrew mej woli.
A, źle robi.
Czyż to nie jest potworne, aby syn stawał w drodze ojcu? Czyż proste uszanowanie nie powinno go trzymać z dala od osoby, którą ja wybrałem?
Ma pan słuszność. Niech mi pan pozwoli z nim pomówić; niech pan tu zostanie.
Więc dobrze, skoro ojciec uczynił cię swym sędzią, i ja się nie wzdragam; również pragnę, Jakubie, oddać sprawę pod twoją ocenę.
Czyni mi pan wielki zaszczyt.
Pokochałem młodą panienkę, która przychylnie patrzy na to uczucie i przyjmuje z całą tkliwością me wyznania; tymczasem ojcu zachciewa się stawać w poprzek naszej miłości swymi pretensjami!
Źle robi, to pewna.
Czyż nie wstyd w jego wieku myśleć jeszcze o małżeństwie? Czy jemu przystało odgrywać czułego kochanka? Czyż nie powinien zostawić młodszym tej roli?
Ma pan słuszność. To są kpiny! Pozwól pan, bym mu rzekł dwa słowa. Do Harpagona No cóż, syn pański nie jest taki pomylony, jak pan twierdzi; mówi wcale roztropnie. Powiada, że świadom jest szacunku, jaki panu jest winien; uniósł się jedynie w pierwszym zapędzie, ale obecnie gotów jest poddać się pańskim rozkazom, byleby pan zechciał się z nim lepiej obchodzić i dać mu za żonę osobę wedle jego gustu.
Ach, jeśli o to chodzi, powiedz mu, Jakubie, że w ten sposób wszystko może uzyskać, i że wyjąwszy[63] Marianny, zostawiam mu zupełną swobodę wyboru.
Niech mi pan pozwoli z nim pogadać. Do Kleanta Widzi panicz, ojciec nie taki uparty, jak pan sobie wyobraża; powiedział, że tylko zuchwalstwo pańskie doprowadziło go do wściekłości, tylko sposób postępowania panicza mu się nie podoba; ale gotów jest zezwolić na to, czego pan pragnie, bylebyś pan wszedł na drogę zgody i okazał całą powolność[64], uszanowanie i pokorę, jakie syn powinien jest ojcu.
Ach, Jakubie, możesz go zapewnić, że, byleby mi oddał Mariannę, znajdzie we mnie zawsze najuleglejszego syna i że nigdy nic nie uczynię przeciwko jego woli.
Rzecz załatwiona, zgadza się.
Doskonale.
Wszystko ułożone; przyjmuje obietnicę.
Bogu dzięki!
Teraz mogą panowie spokojnie pomówić z sobą: nie ma już żadnego powodu do niezgody: sprzeczaliście się, bo jeden nie mógł drugiego zrozumieć.
Mój poczciwy Jakubie, wdzięczny ci będę całe życie.
Et, nie ma za co, paniczu.
Zobowiązałeś mnie, Jakubie, zasłużyłeś sobie nagrodę. Harpagon szpera w kieszeni, Jakub wyciąga rękę, ale Harpagon wydobywa tylko chustkę do nosa, mówiąc: No, no, będę o tym pamiętał, bądź spokojny.
Całuję rączki.
Chciej mi przebaczyć, ojcze, chwilę uniesienia.
Drobnostka!
Upewniam, że szczerze żałuję mego postępku.
A ja serdecznie się cieszę, że wreszcie przyszedłeś do porządku.
Jakiś ty dobry, ojcze, że raczysz tak rychło zapomnieć moich błędów!
Łatwo przychodzi rodzicom zapomnieć błędów dzieci, skoro wrócą na drogę obowiązku.
Jak to! Żadnej urazy nie chowasz za me szaleństwa?
Przejednałeś mnie zupełnie powolnością i posłuszeństwem.
Przyrzekam ci, ojcze, że aż do grobowej deski zachowam w sercu pamięć twej dobroci.
A ja przyrzekam ci, że nie ma rzeczy, której byś nie uzyskał ode mnie.
Ach, ojcze, nic więcej nie żądam: dosyć dałeś, dając mi Mariannę.
Co?
Powiadam, ojcze, że zbyt wiele ci już zawdzięczam, i że wszystko się dla mnie mieści w twej dobroci, która mi raczy oddać Mariannę za żonę.
A któż ci powiedział, że ja chcę oddać Mariannę?
Ty, ojcze.
Ja?
Oczywiście.
Jak to! To tyś obiecał, że się jej wyrzekasz.
Ja, wyrzec się?
No, tak.
Ani myślę.
Nie odstąpiłeś od zamiaru ubiegania się o nią?
Przeciwnie, trwam przy nim bardziej niż kiedy.
Co, ty obwiesiu, znowu zaczynasz?
Nic mnie nie zdoła odmienić.
Zobaczysz, niegodziwcze, jak ja się wezmę do ciebie!
Weź się, ojcze, jak ci się podoba.
Zabraniam pokazywać mi się na oczy!
Bardzo mi przyjemnie.
Wyrzekam się ciebie!
I owszem.
Wydziedziczam cię!
Jak się ojcu podoba.
I darzę cię moim przekleństwem!
Może ojciec schować dla siebie swoje dary.
Ach, w porę pana zastaję! Prędko proszę za mną!
Co się stało?
Niech pan idzie za mną, powiadam: dobra nasza.
Jak to?
Mamy, czego nam trzeba.
Co?
Cały dzień na to czatowałem.
Co to takiego?
Skarb ojca: udało mi się przychwycić.
Jakżeś tego dokonał?
Wszystko opowiem. Umykajmy: słyszę jego krzyki.
Złodziej! Złodziej! Rozbójnik! Morderca! Ratunku! Kto w Boga wierzy! Jestem zgubiony! Zamordowany! Gardło mi poderżnęli: wykradli mi pieniądze! Kto to być może? Co się z nim stało? Gdzie uciekł? Gdzie się ukrywa? Jak go znaleźć? Gdzie pędzić? Gdzie go szukać? Może tu? Może tam? Kto to taki? Trzymaj! Chwytając siebie za ramię Oddaj pieniądze, łotrze! Ha, to ja sam! Zmysły tracę, nie wiem, gdzie jestem, kto jestem, co robię. Och, moje kochane złoto! Moje biedne złoto! Mój drogi przyjacielu! Wydarto mi ciebie; odkąd mi ciebie wydarto, straciłem mą podporę, pociechę, radość: wszystko skończone dla mnie, nie mam co robić na świecie. Bez ciebie żyć mi niepodobna. Stało się; już nie mogę; umieram; już umarłem; pogrzebano mnie! Czyż nikt się nie znajdzie, kto by mnie wskrzesił, oddając mi moje drogie pieniądze lub wskazując, kto je ukradł? Co? Co mówisz? Nie, nie ma nikogo? Ha! Ten, co popełnił zbrodnię, od dawna musiał mnie śledzić: wybrał chwilę, gdy rozmawiałem z wyrodnym synem. Śpieszmy. Pójdę sprowadzić sąd, cały dom każę wziąć na tortury: sługi, służące, syna, córkę, siebie samego! Co tu ludzi naokoło! Na kogo spojrzę, już go podejrzewam: w każdym domyślam się, widzę złodzieja. Hej tam! O kim tam mówią? O tym, co mnie ograbił? Co to za hałas na górze? Czy to złodziej? Przez litość, jeśli ktoś zna jaki ślad, błagam, niechaj mi wskaże. Czy się nie ukrył tam między wami? Patrzą na mnie wszyscy i śmieją się! Przysiągłbym, że oni wszyscy pomagali mu w kradzieży. Dalej, prędko, komisarzy, policji, straże, sędziów, kleszcze, szubienice, katów! Wszystkich każę powywieszać; a jeśli nie odnajdę mego skarbu, sam się potem powieszę…
Niech pan się na mnie spuści; znam moje rzemiosło, Bogu dzięki. Nie pierwszyzna mi łapać złodziei; chciałbym mieć tyle razy po tysiąc franków, ilu ludzi posłałem na szubienicę.
Wszystkie władze poruszyłem, aby się zajęły tą sprawą. Jeśli mi nie odnajdą moich pieniędzy, sądy przed sąd zawezwę.
Należy dopełnić wszelkich formalności. Ile pan powiada, że było w szkatułce?
Okrągłe dziesięć tysięcy talarów.
Dziesięć tysięcy talarów.
Dziesięć tysięcy talarów!
Wcale poważna kradzież!
Nie ma dość straszliwej kary za tak potworną zbrodnię; gdyby to miało ujść bezkarnie, żadna świętość nie byłaby bezpieczna.
W jakiej walucie była ta suma?
W nowiutkich luidorach i pistolach pełnej wagi.
Kogo pan podejrzewasz?
Wszystkich; żądam, byś pan aresztował całe miasto i przedmieścia.
Najlepiej będzie, niechaj mi pan wierzy, nie płoszyć nikogo i starać się ostrożnie wyłapać jakieś poszlaki, a potem dopiero z całą surowością przystąpić do wydobycia skradzionych pieniędzy.
Zaraz wrócę. Tymczasem niechaj go zarżną, niech przypieką mu nogi, wpakują go do wrzącej wody i powieszą u powały.
Kogo? Złodzieja?
Mówię o prosiaku, którego rządca mi przysłał, a którego chcę na dziś przyprawić wedle mego przepisu.
Nie o to teraz chodzi; jest tu właśnie pan, z którym trzeba pomówić o innych rzeczach.
Proszę się nie przestraszać. Jestem człowiek bardzo wyrozumiały: wszystko pójdzie jak po maśle.
Pan także proszony na kolację?
Zatem, mój przyjacielu, nie trzeba nic zatajać.
Daję słowo, wystąpię, jak zdołam najlepiej, i ugoszczę was, jak należy.
Nie o to chodzi.
Jeżeli państwa nie uraczę tak, jak bym pragnął, to wina rządcy, który podcina mi skrzydła nożycami oszczędności.
Łajdaku! O co innego idzie, nie o kolację; gadaj natychmiast, co wiesz o pieniądzach, które mi skradziono.
Skradziono co panu?
Tak, łotrze, i każę cię natychmiast powiesić, jeżeli nie oddasz!
Mój Boże! Niechże mu pan nie wymyśla. Widzę z twarzy, że to uczciwy człowiek i że nie czekając, aż go wpakują do więzienia, opowie dobrowolnie wszystko. Tak, mój przyjacielu, jeśli wyznasz całą prawdę, nie stanie ci się nic złego i otrzymasz od pana sowitą nagrodę. Okradziono go dzisiaj: niepodobna, byś nie wiedział czegoś.
Wyborna sposobność, aby się zemścić na rządcy… Odkąd wkręcił się do domu, wszystko tańcuje, jak on zagra, nikt już ani pisnąć nie może. A i kije dzisiejsze także dobrze pamiętam.
Cóż ty mamrotasz?
Niech mu pan da pokój. Zbiera widocznie myśli, aby uczynić zadość pańskim chęciom; mówiłem panu, że to porządny człowiek.
Panie, jeśli mam powiedzieć całą prawdę, myślę, że to rządca wypłatał tę sztukę.
Walery?
Tak.
On! Który zdawał się tak wierny?
Właśnie. Jestem przekonany, że to on ściągnął[65].
Z czegóż tak myślisz?
Z czego?
Tak.
Myślę… z tego, co myślę.
Trzeba wskazać wyraźnie, na czym to opierasz.
Widziałeś go może, jak krążył koło miejsca, gdzie były ukryte pieniądze?
Oczywiście. Gdzież były?
W ogrodzie.
Właśnie widziałem, jak krążył po ogrodzie. A w czym były schowane?
W szkatułce.
To, to, to. Widziałem u niego szkatułkę.
Jakżeż wyglądała ta szkatułka? Przekonamy się zaraz, czy to ta sama.
Jak wyglądała?
Tak.
Wyglądała… No… jak szkatułka.
To się rozumie. Ale opisz ją nieco dokładniej.
No, taka duża szkatułka.
Ta, którą skradziono, była mała.
No tak, niby mała, jeśli brać rzecz z tej strony, ale mówię, że duża, przez wzgląd na zawartość.
Jakiego koloru?
Koloru?
Tak.
Koloru… niby koloru… może mi pan podda wyrażenie.
No?
Nie była czerwona?
Nie, szara.
Właśnie; czerwono-szara, to chciałem powiedzieć.
Nie ma wątpliwości; z pewnością ta sama. Pisz pan, panie komisarzu. Zapisz pan jego zeznanie. O nieba! Komuż dzisiaj zaufać! Nie można już za nikogo ręczyć; po tym, co zaszło, wierzę, że byłbym zdolny okraść sam siebie.
Panie, właśnie rządca nadchodzi. Niechże mu pan nie powie bodaj, że to ja go wydałem.
Zbliż się tu, wyznaj najczarniejszy postępek, najniegodziwszy zamach, jaki kiedykolwiek popełniono na ziemi!
O co chodzi?
Jak to, zdrajco! Nie rumienisz się za swą zbrodnię?
Jaką zbrodnię?
Jaką zbrodnię, bezwstydny! Nie wiesz niby, o czym mówię! Próżno udawać; cała rzecz odkryta; dowiedziałem się o wszystkim. Jak śmiałeś nadużyć mej dobroci, wciskać się w dom, aby mnie zdradzić, aby mnie podejść w sposób tak haniebny?
Panie, skoro więc wszystko odkryto, nie będę szukał wykrętów, nie chcę się niczego wypierać.
Ej, ej, czyżbym, sam o tym nie wiedząc, trafił w sedno?
Zamiarem moim było mówić z panem, i czekałem tylko pomyślniejszych okoliczności; ale, skoro tak się stało, zaklinam, byś się nie unosił i raczył wysłuchać mego usprawiedliwienia.
I cóż za usprawiedliwienie możesz przytoczyć, złodzieju nikczemny?
Och, panie, nie zasłużyłem na takie nazwisko. To prawda, zawiniłem ciężko względem pana, ale, zważywszy wszystko, błąd mój jest do przebaczenia.
Jak to? Do przebaczenia! Taka zasadzka! Taki bezczelny rabunek!
Przez litość, nie unoś się pan takim gniewem. Skoro mnie wysłuchasz, przekonasz się, że zło nie jest tak wielkie, jak się wydaje.
Nie tak wielkie, jak się wydaje! Jak to! To moja krew, moje wnętrzności, ty wisielcze!
Krew pańska nie dostała się w niegodne ręce. Osoba moja i pochodzenie nie przynoszą jej bynajmniej wstydu; nie stało się zgoła nic, czego bym nie mógł naprawić.
Tego też żądam, abyś oddał to, coś zrabował.
Honor pański otrzyma pełne zadośćuczynienie.
Tu nie chodzi o żaden honor. Ale powiedz, co cię popchnęło do takiego czynu?
Och! I pan pyta?
Oczywiście, że pytam!
Bóstwo, niosące z sobą uniewinnienie błędów, do których przywodzi: miłość.
Miłość?
Tak.
Ładna miłość, słowo daję: miłość do moich dukatów!
Nie, panie, nie bogactwa mnie skusiły; nie to mnie wcale olśniło. Przysięgam zrzec się wszelkich pretensji do twego majątku, bylebyś mi zostawił to, co posiadam.
Nie zostawię, u wszystkich diabłów! Nic nie zostawię! A to szczyt bezczelności: chcieć zatrzymać owoc kradzieży, jakiej się na mnie dopuścił!
Czyż pan to nazywasz kradzieżą?
Czy ja to nazywam kradzieżą? Taki skarb!
Prawda, skarb najcenniejszy, jaki pan posiadasz, to pewna; ale nie tracisz go przecież, zostawiając go w moich rękach. Błagam pana na kolanach o ten skarb tak pełen uroku; jeśli masz trochę serca, nie możesz mi go odmówić.
Ani mi w głowie! Cóż to wszystko ma znaczyć?
Przysięgliśmy sobie wiarę i uczyniliśmy ślub, że nic nas nie rozdzieli.
Znakomita przysięga! Paradne śluby!
Tak, przyrzekliśmy sobie, że będziemy do siebie należeć na zawsze…
Już ja ci to wybiję z głowy, bądź pewny!
Śmierć tylko jedna zdoła nas rozłączyć.
A to się zapalił do moich pieniędzy!
Mówiłem już, nie chciwość popchnęła mnie do tego. Nie te sprężyny, które pan przypuszcza, poruszały mym sercem; pobudki szlachetniejszej natury stały się źródłem tego postępku.
On chce tu we mnie wmówić, że przez miłość chrześcijańską dybie na moje pieniądze. Ale ja dam sobie z tobą radę, bezczelny obwiesiu! Sąd zrobi z tobą należyty porządek.
Uczynisz pan, jak zechcesz; jestem gotów przecierpieć wszystko z twojej ręki; ale błagam pana, bądź przekonany, że jeśli stało się złe, mnie jednego należy oskarżać. Córka pańska nie ponosi w tym żadnej winy.
Myślę sobie! Doprawdy, to byłoby dość szczególne, gdyby córka miała maczać palce w takim łajdactwie. Ale, przede wszystkim, chcę odebrać mą własność: zaraz mi tu śpiewaj, gdzie ją ukryłeś.
Ja? Jest jeszcze tu, u pana.
O moja droga szkatułka! Głośno. Mówisz, że nie opuściła domu?
Nie, panie.
No, a powiedz teraz: nie naruszyłeś jej?
Ja, naruszyć? Ach, krzywdę pan jej robisz, tak samo jak i mnie; pałałem dla niej jedynie uczuciem niewinnym i pełnym szacunku.
Pałał do mojej szkatułki!
Wolałbym raczej umrzeć, niż obrazić ją by myślą najlżejszą: zbyt jest na to czysta i uczciwa.
Moja szkatułka zbyt uczciwa!
Jedynym mym pragnieniem było posiadać szczęście jej widoku; żadna zbrodnicza myśl nie skalała uczucia, jakim natchnęły mnie jej cudne oczy.
Cudne oczy mojej szkatułki! Mówi jak kochanek o kochance.
Pani Claude wie wszystko i może zaświadczyć, jak się rzeczy miały.
Co? Ona jest wspólniczką tej sprawki?
Tak, panie; była świadkiem naszych wzajemnych zobowiązań i dopiero upewniwszy się o uczciwości mych zamiarów, pomogła mi nakłonić pańską córkę, aby przyjęła me słowo i dała mi swoje.
A to co znowu? Czyżby obawa przed sądem pomieszała mu zmysły? Do Walerego Cóż ty tu bredzisz o jakiejś córce?
Mówię, panie, że zaledwie z największym trudem zdołałem nakłonić jej skromność do pragnień mej miłości.
Czyją znów skromność?
Córki pańskiej; i zaledwie wczoraj dała się namówić do podpisania wzajemnych przyrzeczeń małżeństwa.
Córka podpisała przyrzeczenie małżeństwa?
Tak, panie, i ja podpisałem je również.
O nieba! Nowe nieszczęście!
Pisz pan, panie komisarzu.
O cóż za zbieg niedoli! Cóż za nawał rozpaczy! Do komisarza. Dalej, pełń pan obowiązki swego urzędu; opisz go w protokole, jako opryszka i uwodziciela.
Jako opryszka i uwodziciela.
Nie zasłużyłem na te imiona, i, gdy się wykryje, kim jestem…
Ha, córko wyrodna! Córko niegodna takiego ojca! Tak wypełniasz nauki, jakich ci nie szczędziłem? Śmiesz wdawać się w miłostki z tym tu nikczemnym złodziejem, zaręczasz się poza mymi plecami, bez mego zezwolenia! Ale zawiedliście się oboje. Do Elizy Drzwi i tęga kłódka będą najlepszą gwarancją twego posłuszeństwa; do Walerego A dla ciebie, bezczelny obwiesiu, szubienica będzie jedyną odpowiedzią!
Nie pańskie uniesienie będzie sędzią w tej sprawie. Mam nadzieję, że będę wysłuchany przynajmniej, zanim usłyszę wyrok.
Omyliłem się; nie, nie szubienica; kołem łamać cię będą żywcem!
Ach, ojcze, chciej okazać bardziej ludzkie uczucia; nie pozwól rodzicielskiej władzy posunąć się do ostatnich granic surowości. Nie unoś się wybuchem gniewu; racz dać na chwilę przystęp spokojniejszej rozwadze. Zadaj sobie trud poznania bliżej osoby, której wybór cię tyle oburza. On jest zgoła inny, niż sobie wyobrażasz; mniej dziwnym byś znajdował, że oddałam mu serce, gdybyś wiedział, że bez jego poświęcenia utraciłbyś mnie, ojcze, na zawsze. Tak, ojcze, to on wybawił mnie ze strasznego niebezpieczeństwa, które, jak wiesz, przebyłam niedawno; jemu to winien jesteś życie córki, którą…
To wszystko banialuki; wolałbym, by ci się pozwolił utopić, niż żeby uczynił to, co uczynił.
Ojcze, zaklinam cię, przez miłość ojcowską, abyś…
Nie, nie, nie chcę słyszeć; sprawiedliwość niechaj robi swoje.
Zapłacisz za moje plecy.
A to szczególna awantura!
Cóż to, panie Harpagonie? widzę cię wielce wzburzonym.
Och, panie Anzelmie, jestem najnieszczęśliwszym z ludzi; cóż za zawikłania i kłopoty, właśnie w chwili naszego kontraktu! Kradną mi honor, mienie; mordują mnie, zabijają! Oto łotr, zdrajca, który pogwałcił najświętsze prawa; wślizgnął się w dom pod maską mego sługi, aby mnie okraść i uwieść mi córkę!
Co to za kradzież, o której pan ciągle bredzisz?
Tak, wymienili z sobą przyrzeczenie małżeństwa. Ta zniewaga ciebie przede wszystkim dotyczy, panie Anzelmie; tyś powinien wytoczyć skargę i przeprowadzić na swój koszt wszelkie kroki prawne, aby się pomścić za jego zuchwalstwo.
Nie jest moim zamiarem zaślubiać kogokolwiek przemocą, ani zabiegać o serce, które nie jest wolne; ale co do pańskiej sprawy, gotów ją jestem popierać jak własną.
Oto pan komisarz, bardzo dzielny człowiek, przyrzekł mi wypełnić swoje zadanie z całą sumiennością. Do komisarza, wskazując Walerego Opisz go pan, opisz, jak należy, i przedstaw zbrodnię w najjaskrawszym świetle.
Nie pojmuję, jakiej zbrodni może się ktoś dopatrzyć w miłości, którą żywię dla pańskiej córki. Skoro się okaże, kim jestem, kara, która wedle pańskiego mniemania czeka mnie za te tajemne zaręczyny…
Drwię sobie z waszych baśni; roi się dziś na świecie od tych dobrze urodzonych opryszków, szalbierzy, ciągnących korzyść z tego, że ich nikt nie zna, i ubierających się bezczelnie w byle znakomite nazwisko.
Wiedz pan, że nazbyt dumny jestem, aby się stroić w coś, do czego bym nie miał prawa. Cały Neapol może zaświadczyć o mym urodzeniu.
Ho, ho! Uważaj tylko, co mówisz. Ryzykujesz więcej, niż myślisz; mówisz wobec człowieka, który cały Neapol zna na wylot i który z łatwością może się poznać na twoich powiastkach.
Nie jestem człowiekiem, który by się mógł czego obawiać; a jeśli Neapol jest panu tak znany, wiesz pewno, kto był don Tomasz d'Alburci.
Pewnie, że wiem; mało kto znał go tak, jak ja.
Don Tomasz, czy don Marcin, nic mnie nie obchodzi.
Za pozwoleniem, daj mu pan mówić; zobaczymy, co chce powiedzieć…
Chcę powiedzieć, że jemu to właśnie zawdzięczam światło dzienne.
Jemu?
Tak.
Ech, żarty sobie stroisz. Wymyśl inną historię, która ci się może lepiej powiedzie, i nie próbuj się ocalić tym łgarstwem.
Niech się pan raczy liczyć ze słowami. To nie żadne łgarstwo; nie mówię nic, czego bym nie mógł dowieść.
Jak to! Śmiesz mówić, że jesteś synem don Tomasza d'Alburci?
Tak; i jestem gotów każdemu to w oczy powtórzyć.
Śmiałość w istocie nie lada! Dowiedz się ku swemu zawstydzeniu, że jest już lat szesnaście co najmniej, jak ten, o którym mówisz, zginął na morzu z żoną i dziećmi, uchodząc, wraz z licznymi znakomitymi rodzinami przed prześladowaniem, jakie nastąpiło po zamieszkach w Neapolu.
Tak; ale pan znów dowiedz się, ku swemu zawstydzeniu, że syn jego, liczący siedem lat, wraz ze służącym ocalił się z rozbicia na hiszpańskim okręcie i że ten ocalony syn stoi oto przed tobą. Dowiedz się, że kapitan okrętu, wzruszony mą niedolą, poczuł do mnie sympatię, wychował jak własne dziecko i włożył do służby wojskowej, odkąd wiek mój na to pozwolił. Przed niedawnym czasem dowiedziałem się, że mój ojciec nie zginął, jak to zawsze przypuszczałem; gdym przejeżdżał tędy, udając się w poszukiwanie jego śladów, przez niebo zesłany przypadek dał mi poznać uroczą Elizę, widok zaś jej uczynił mnie niewolnikiem jej wdzięków. Siła mego przywiązania oraz surowość jej ojca zrodziły we mnie zamiar dostania się do tego domu, a posłania kogo innego w poszukiwanie za rodzicami.
Ale jakie inne jeszcze świadectwa, prócz słów, mogą zaświadczyć, że cała ta historia nie jest kłamstwem, zbudowanym na pozorach prawdy?
Kapitan hiszpański jako świadek; pieczątka rubinowa mego ojca; agatowa bransoleta, którą matka włożyła mi na rękę; stary Pedro, ów sługa, który ocalał wraz ze mną.
Ach, po tym, co słyszę, i ja mogę zaświadczyć, że ty nie kłamiesz zgoła: wszystko, co mówisz, wskazuje mi jasno, że spotykam w tobie brata.
Pani mą siostrą?
Tak. Serce me zadrżało od początku twego opowiadania, matka bowiem, którą to spotkanie uczyni tak szczęśliwą, tysiąc razy powtarzała mi o niedolach rodziny. I nam niebo nie dało zginąć w opłakanym rozbiciu; jednak, ocalając nam życie, uczyniło to kosztem wolności: nas bowiem, matkę i mnie, schwytali korsarze, gdyśmy się ratowały na szczątkach okrętu. Po dziesięciu latach niewoli szczęśliwy przypadek wrócił nam swobodę; pośpieszyłyśmy do Neapolu, gdzie dowiedziałyśmy się, iż całe nasze mienie sprzedano, lecz nie mogłyśmy uzyskać żadnej wiadomości o ojcu. Udałyśmy się do Genui, gdzie matkę czekały resztki spadku, rozszarpanego w czas naszej nieobecności; stamtąd zaś, uchodząc przed barbarzyńską srogością krewnych, przybyła wraz ze mną tutaj, aby pędzić życie pełne żałości i niedostatku.
O nieba, niezbadane wyroki wasze! Jakiż to dowód, że w waszym ręku spoczywa zawsze moc czynienia cudów! Uściskajcie mnie, dzieci; chodźcie zjednoczyć wasze uniesienia ze łzami radości szczęśliwego ojca!
Ty, ojcem naszym?
Ciebież[66] to matka opłakiwała tak długo?
Tak, córko; tak, synu; jam jest don Tomasz d'Alburci, którego niebo ocaliło z odmętów wraz z całym mieniem, jakie wiózł z sobą, i który, przez lat przeszło szesnaście, utwierdziwszy się w przekonaniu o waszej śmierci, po długich wędrówkach, pragnął zaznać w związkach z dobrą i zacną istotą pociechy przy nowym ognisku rodzinnym. Niebezpieczeństwo, jakim mi zagrażał powrót do Neapolu, kazało mi wyrzec się na zawsze zamiaru oglądania ojczyzny; znalazłszy tedy sposób sprzedania tego, com posiadał, osiadłem w tym mieście, gdzie, pod mianem Anzelma, pragnąłem ukryć pamięć nazwiska, które mnie przyprawiło o tyle udręczeń.
Więc to syn pański?
Tak.
Na panu zatem będę poszukiwał skradzionych dziesięciu tysięcy talarów.
On miałby ukraść?
On sam.
Któż to powiedział?
Jakub.
Ty to mówisz?
Przecie pan widzi, że nic nie mówię.
Owszem. Oto właśnie komisarz przyjął jego zeznania.
Pan mogłeś sądzić, że ja byłbym zdolny do tak haniebnego czynu?
Zdolny czy niezdolny, chcę widzieć swoje pieniądze.
Nie dręcz się, ojcze, i nie oskarżaj nikogo. Mam pewne poszlaki w twojej sprawie: przychodzę ci powiedzieć, że, jeżeli się zgodzisz, bym zaślubił Mariannę, otrzymasz pieniądze z powrotem.
Gdzież są?
Nie miej o to najmniejszej obawy, są w bezpiecznym miejscu; wszystko zależy tylko ode mnie. Pozostaje ojcu zdecydować się, co wybierasz: oddać mi Mariannę czy stracić szkatułkę?
Nic nie ruszono?
Ani szeląga. Chciej powiedzieć, czy jest twoim zamiarem przystać na to małżeństwo i dołączyć twoje zezwolenie do zgody matki, zostawiającej córce swobodę wyboru?
Ale panu jeszcze nie wiadomo, że to pozwolenie dzisiaj nie wystarcza, i że niebo, wskazując Walerego wraz z bratem mym, który tu stoi przed tobą, oddało mi ojca, wskazując Anzelma od którego zależy dziś moja ręka.
Niebo, moje dzieci, nie wraca mnie wam po to, abym się miał sprzeciwiać waszym pragnieniom. Panie Harpagonie, domyślasz się zapewne, że wybór młodej osoby skieruje się raczej do syna niż do ojca. Et, nie każ sobie tłumaczyć tego, co nie jest zbyt przyjemnie słyszeć, i zgódź się, jak ja się godzę, na te oba małżeństwa.
Abym mógł zebrać myśli, trzeba by mi ujrzeć wprzód moją szkatułkę.
Ujrzysz ją, ojcze, zdrową i nietkniętą.
Nie mam pieniędzy na wyposażenie dzieci.
Dobrze więc; znajdę je za pana; niech cię o to głowa nie boli.
Zobowiązujesz się ponieść wszystkie koszty?
Ależ dobrze, owszem. No, czyś zadowolony?
Dobrze, ale pod warunkiem, że na wesele sprawisz mi nowe ubranie.
Zgoda. Chodźmyż tedy cieszyć się radością, którą nam ten szczęsny dzień przynosi.
Hola, panowie, hola! Za pozwoleniem, jeśli łaska. Któż mi zapłaci za protokół?
Nic nam już po protokole.
Dobrze, ale ja nie mam wcale ochoty pracować za darmo.
Jako zapłatę masz pan tu, ot, tego: możesz go powiesić.
Boże miłosierny! Jakże więc trzeba czynić? Za prawdę biją kijem, za kłamstwo chcą wieszać!
Mości Harpagonie, trzeba mu przebaczyć to oszczerstwo.
Zapłacisz komisarza[67]?
Niech i tak będzie. A teraz pójdźmy podzielić się tym niespodzianym szczęściem z waszą matką.
A ja pójdę uściskać moją kochaną szkatułkę.
funt a. liwr — funt karoliński.
Wprowadzony ok. 794 r. przez Karola Wielkiego system obrachunkowo-monetarny ustanowił funt (la livre) na wzór libry, monety rzym. (zwanej też funtem rzymskim) jako wynoszący 1,25 libry, czyli mający 409,31 g; następnie funt dzielił się na 20 solidów (inaczej: soli, sou), jeden solid na 12 denarów. Z czasem przestał istnieć związek między wartością pieniądza a jednostkami wagowymi.