„Do błędów, nagromadzonych przez przodków, dodali to, czego nie znali ich przodkowie — wahanie się i bojaźń; — i stało się zatem, — że zniknęli z powierzchni ziemi i wielkie milczenie jest po nich[1]”.
Poświęcone Marii[3]
Gwiazdy wokoło twojej głowy — pod twoimi nogi fale morza — na falach morza tęcza przed tobą pędzi i rozdziela mgły — co ujrzysz, jest twoim — brzegi, miasta i ludzie tobie się przynależą — niebo jest twoim — chwale twojej niby nic nie zrówna. —
Ty grasz cudzym uszom niepojęte rozkosze. — Splatasz serca i rozwiązujesz gdyby[5] wianek, igraszkę palców twoich — łzy wyciskasz — suszysz je uśmiechem i na nowo uśmiech strącasz z ust na chwilę — na chwil kilka — czasem na wieki. — Ale sam co czujesz? — ale sam co tworzysz? — co myślisz? — Przez ciebie płynie strumień piękności, ale ty nie jesteś pięknością. — Biada ci — biada! — Dziecię, co płacze na łonie mamki — kwiat polny, co nie wie o woniach swoich, więcej ma zasługi przed Panem od ciebie. —
Skądżeś powstał, marny cieniu, który znać o świetle dajesz, a światła nie znasz, nie widziałeś, nie obaczysz? Kto cię stworzył w gniewie lub w ironii? — Kto ci dał życie nikczemne, tak zwodnicze, że potrafisz udać Anioła chwilą, nim zagrząźniesz w błoto, nim jak płaz pójdziesz czołgać i zadusić się mułem? — Tobie i niewieście jeden jest początek[6] —
Ale i ty cierpisz, choć twoja boleść nic nie utworzy, na nic się nie zda. — Ostatniego nędzarza jęk policzon[7] między tony harf niebieskich. — Twoje rozpacze i westchnienia opadają na dół i Szatan je zbiera, dodaje w radości do swoich kłamstw i złudzeń — a Pan je kiedyś zaprzeczy, jako one zaprzeczyły Pana. —
Nie przeto wyrzekam na ciebie, Poezjo, matko Piękności i Zbawienia. — Ten tylko nieszczęśliwy[8], kto na światach poczętych, na światach, mających zginąć, musi wspominać lub przeczuwać ciebie — bo jedno tych gubisz, którzy się poświęcili tobie, którzy się stali żywymi głosami twej chwały. —
Błogosławiony ten, w którym zamieszkałaś, jak Bóg zamieszkał w świecie, niewidziany, niesłyszany, w każdej części jego okazały, wielki, Pan, przed którym się uniżają stworzenia i mówią: „On jest tutaj”. — Taki cię będzie nosił gdyby gwiazdę na czole swoim[9], a nie oddzieli się od twej miłości przepaścią słowa. — On będzie kochał ludzi i wystąpi mężem pośród braci swoich. — A kto cię nie dochowa, kto zdradzi za wcześnie i wyda na marną rozkosz ludziom, temu sypniesz kilka kwiatów na głowę i odwrócisz się, a on zwiędłymi się bawi i grobowy wieniec splata sobie przez całe życie. — Temu i niewieście jeden jest początek.
Pokój ludziom dobrej woli — błogosławiony pośród stworzeń, kto ma serce[11] — on jeszcze zbawion być może. — Żono dobra i skromna, zjaw się dla niego — i dziecię niechaj się urodzi w domu waszym. —
W drogę, w drogę, widma, lećcie ku niemu! — Ty naprzód, ty na czele, cieniu nałożnicy, umarłej wczoraj, odświeżony w mgle i ubrany w kwiaty, dziewico, kochanko poety, naprzód. —
W drogę i ty, sławo, stary orle wypchany w piekle, zdjęty z palu, kędy cię strzelec zawiesił w jesieni — leć i roztocz skrzydła, wielkie, białe od słońca, nad głową poety. — Z naszych sklepów wynidź, spróchniały obrazie Edenu[12], dzieło Belzebuba[13] — dziury zalepiem i rozwiedziemy pokostem — a potem, płótno czarodziejskie, zwiń się w chmurę i leć do poety — wnet się rozwiąż naokoło niego, opasz go skałami i wodami, na przemian nocą i dniem. — Matko naturo, otocz poetę!
Jeśli dotrzymasz przysięgi na wieki, będziesz bratem moim w obliczu Ojca niebieskiego.
Pamiętajcie na to. —
Zstąpiłem do ziemskich ślubów[15], bom znalazł tę, o której marzyłem — przeklęstwo[16] mojej głowie, jeśli ją kiedy kochać przestanę. —
Jakżeś mi piękna[17] w osłabieniu swoim — w nieładzie kwiaty i perły na włosach twoich — płoniesz ze wstydu i znużenia — o, wiecznie, wiecznie będziesz pieśnią moją. —
Będę wierną żoną tobie, jako matka mówiła, jako serce mówi. — Ale tyle ludzi jest tutaj — tak gorąco i huczno. —
Idź z raz jeszcze w taniec, a ja tu stać będę i patrzeć na cię, jakem nieraz w myśli patrzał na sunących aniołów. —
Pójdę, jeśli chcesz, ale już sił prawie nie mam. —
Proszę cię, moje kochanie. —
Niedawnom jeszcze biegała po ziemi w taką samą porę — teraz gnają mnie czarty i każą świętą udawać. —
Kwiaty, odrywajcie się i lećcie do moich włosów. —
Świeżość i wdzięki umarłych dziewic, rozlane w powietrzu, płynące nad mogiłami, lećcie do jagód moich. —
Tu czarnowłosa się rozsypuje — cienie jej puklów, zawiśnijcie mi nad czołem. — Pod tym kamieniem zgasłych dwoje ócz błękitnych — do mnie, do mnie ogień, co tlał w nich! — Za tymi kraty sto gromnic się pali — księżnę dziś pochowano — suknio atłasowa, biała jak mleko,oderwij się od niej! — Przez kraty leci suknia do mnie, trzepocząc się jak ptak — a dalej, a dalej. —
Skądże przybywasz, nie widziana, nie słyszana od dawna — jak woda płynie, tak płyną twoje stopy, dwie fale białe — pokój świątobliwy na skroniach twoich — wszystko, com marzył i kochał, zeszło się w tobie.
Gdzież jestem! — ha, przy żonie — to moja żona. —
Sądziłem, że to ty jesteś marzeniem moim, a otóż po długiej przerwie wróciło ono i różnym jest od ciebie. — Ty dobra i miła, ale tamta… Boże — co widzę — na jawie —
Zdradziłeś mnie.
Przeklęta niech będzie chwila, w której pojąłem kobietę, w której opuściłem kochankę lat młodych, myśl myśli moich, duszę duszy mojej…
Co się stało — czy już dzień — czy powóz zaszedł? — Wszak mamy jechać dzisiaj po różne sprawunki. —
Noc głucha — śpij — śpij głęboko. —
Możeś zasłabł nagle, mój drogi? Wstanę i dam ci eteru[18]
Zaśnij. —
Powiedz mi, drogi, co masz[19], bo głos twój niezwyczajny i gorączką nabiegły ci jagody[20]. —
Świeżego powietrza mi trzeba. — Zostań się — przez Boga, nie chodź za mną — nie wstawaj, powiadam ci raz jeszcze. —
Od dnia ślubu mojego spałem snem odrętwiałym, snem żarłoków, snem fabrykanta Niemca[22] przy żonie Niemce — świat cały jakoś zasnął wokoło mnie na podobieństwo moje — jeździłem po krewnych, po doktorach, po sklepach, a że dziecię ma się mi narodzić, myślałem o mamce. —
Do mnie, państwa moje dawne, zaludnione, żyjące, garnące się pod myśl moją — słuchające natchnień moich — niegdyś odgłos nocnego dzwonu był hasłem waszym. —
Boże, czyś Ty sam uświęcił związek dwóch ciał? czyś Ty sam wyrzekł, że nic ich rozerwać nie zdoła, choć dusze się odepchną od siebie, pójdą każda w swoją stronę i ciała, gdyby dwa trupy, zostawią przy sobie? —
Znowu jesteś przy mnie — o moja — o moja, zabierz mnie z sobą. — Jeśliś złudzeniem, jeślim cię wymyślił, a tyś się utworzyła ze mnie i teraz objawiasz się mnie, niechże i ja będę marą, stanę się mgłą i dymem, by zjednoczyć się z tobą. —
Pójdzieszli za mną, w którykolwiek dzień przylecę po ciebie? —
O każdej chwili twoim jestem. —
Pamiętaj. —
Zostań się — nie rozpraszaj się jako sen. — Jeśliś pięknością nad pięknościami, pomysłem nad wszystkimi myśli, czegóż nie trwasz dłużej od jednego życzenia, od jednej myśli? —
Mój drogi, chłód nocy spadnie ci na piersi; wracaj, mój najlepszy, bo mi tęskno samej w tym czarnym, dużym pokoju. —
Dobrze — zaraz. —
Znikł duch, ale obiecał, że powróci, a wtedy żegnaj mi, ogródku i domku, i ty, stworzona dla ogródka i domku, ale nie dla mnie.
Zmiłuj się — coraz chłodniej nad rankiem. —
A dziecię moje — o Boże!
Byłam u Ojca Beniamina, obiecał mi się na pojutrze. —
Dziękuję ci.
Posłałam do cukiernika, żeby kilka tort[23] przysposobił, boś podobno dużo gości sprosił[24] na chrzciny — wiesz — takie czokoladowe[25], z cyfrą Jerzego Stanisława[26]. —
Dziękuję ci.
Bogu dzięki, że już raz się odbędzie ten obrządek — że Orcio nasz zupełnie chrześcijaninem się stanie — bo choć już chrzczony z wody[27], zdawało mi się zawsze, że mu nie dostaje czegoś[28]. —
Śpij, moje dziecię — czy już się tobie coś śni, że zrzuciłeś kołderkę — ot, tak — teraz leż tak. — Orcio mi dzisiaj niespokojny — mój maleńki — mój śliczny, śpij. —
Parno — duszno — burza się gotuje — rychłoż tam ozwie się piorun, a tu pęknie serce moje? —
Dzisiaj, wczoraj ach! mój ty Boże, i przez cały tydzień, i już od trzech tygodni, od miesiąca słowa nie rzekłeś do mnie — i wszyscy, których widzę, mówią mi, że źle wyglądam. —
Nadeszła godzina nic jej nie odwlecze.—
Zdaje mi się owszem, że dobrze wyglądasz.
Tobie wszystko jedno, bo już nie patrzysz na mnie, odwracasz się, kiedy wchodzę, i zakrywasz oczy, kiedy siedzę blisko. — Wczoraj byłam u spowiedzi i przypominałam sobie wszystkie grzechy — a nie mogłam nic znaleźć takiego, co by cię obrazić mogło. —
Nie obraziłaś mnie.
Mój Boże — mój Boże!
Czuję, że powinienem cię kochać. —
Dobiłeś mnie tym jednym: „powinienem”. — Ach! lepiej wstań i powiedz — „nie kocham” — przynajmniej już będę wiedziała wszystko — wszystko. —
Jego nie opuszczaj, a ja się na gniew twój poświęcę — dziecko moje kochaj — dziecko moje, Henryku. —
Nie zważaj na to, com powiedział — napadają mnie często złe chwile — nudy[29]. —
O jedno słowo cię proszę — o jedną obietnicę tylko — powiedz, że go zawsze kochać będziesz. —
I ciebie, i jego — wierzaj mi.
Co to znaczy?
O mój luby, przynoszę ci błogosławieństwo i rozkosz — chodź za mną. —
O mój luby, odrzuć ziemskie łańcuchy, które cię pętają. — Ja ze świata świeżego, bez końca, bez nocy. — Jam twoja. —
Najświętsza Panno, ratuj mnie! — to widmo blade, jak umarły — oczy zgasłe i głos jak skrzypienie woza, na którym trup leży. —
Twe czoło jasne, twój włos kwieciem przetykany, o luba. —
Całun w szmatach opada jej z ramion. —
Światło leje się naokoło ciebie — głos twój raz jeszcze — niechaj zaginę potem. —
Ta, która cię wstrzymuje, jest złudzeniem. — Jej życie znikome — jej miłość jako liść, co ginie wśród tysiąca zeschłych — ale ja nie przeminę. —
Henryku, Henryku, zasłoń mnie, nie daj mnie — czuję siarkę i zaduch grobowy[31]. —
Kobieto z gliny i błota, nie zazdrość, nie potwarzaj[32] — nie bluźń — patrz — to myśl pierwsza Boga o tobie, ale tyś poszła za radą węża i stałaś się, czym jesteś[33]. —
Nie puszczę cię. —
O luba! rzucam dom i idę za tobą. —
Henryku — Henryku —
Dziwna rzecz, gdzie Hrabia się podział. —
Zabałamucił się gdzieś lub pisze. —
A Pani blada, niewyspana, słowa do nikogo nie przemówiła.
Chrzest dzisiejszy przypomina mi bale, na które zaprosiwszy gospodarz, zgra się wilią[34] w karty, a potem gości przyjmuje z grzecznością rozpaczy. —
Opuściłem śliczną księżniczkę — przyszedłem — sądziłem, że będzie sute śniadanie, a zamiast tego, jako Pismo mówi, płacz i zgrzytanie zębów. —
Jerzy Stanisławie, przyjmujesz olej święty?
Przyjmuję. —
Patrzcie, wstała i stąpa, jak gdyby we śnie. —
Roztoczyła ręce przed się i chwiejąc się idzie ku synowi. —
Co mówicie! — Podajmy jej ramię, bo zemdleje. —
Jerzy Stanisławie, wyrzekasz się Szatana i pychy jego?
Wyrzekam się. —
Cyt — słuchajcie. —
Gdzie ojciec twój, Orcio? —
Proszę nie przerywać. —
Błogosławię cię, Orciu, błogosławię, dziecię moje. — Bądź poetą[35], aby cię ojciec kochał, nie odrzucił kiedyś. —
Ale pozwólże, moja Marysiu. —
Ty ojcu zasłużysz się i przypodobasz — a wtedy on twojej matce przebaczy. —
Bój się Pani Hrabina Boga. —
Przeklinam cię, jeśli nie będziesz poetą. —
Coś nadzwyczajnego zaszło w tym domu, wychodźmy, wychodźmy! —
Jerzy Stanisławie, dopiero coś został chrześcijaninem i wszedł do towarzystwa ludzkiego[36], a później zostaniesz obywatelem, a za staraniem rodziców i łaską Bożą znakomitym urzędnikiem — pamiętaj, że Ojczyznę kochać trzeba i że nawet za Ojczyznę zginąć jest pięknie…
Tegom żądał, o to przez długie modliłem się lata i nareszciem już bliski mojego celu — świat ludzi zostawiłem z tyłu — niechaj sobie tam każda mrówka bieży i bawi się dźbłem[37] swoim, a kiedy go opuści, niech skacze ze złości lub umiera z żalu. —
Tędy — tędy. —
Gdzie mi się podziała — nagle rozpłynęły się wonie poranku, pogoda się zaćmiła — stoję na tym szczycie, otchłań pode mną i wiatry huczą przeraźliwie. —
Do mnie, mój luby.
Jakże już daleko, a ja przesadzić nie zdołam przepaści. —
Gdzie skrzydła twoje? —
Zły duchu, co się natrząsasz ze mnie, gardzę tobą. —
U wiszaru[38] góry twoja wielka dusza, nieśmiertelna, co jednym rzutem niebo przelecieć miała, ot kona! — i nieboga twoich stóp się prosi, by nie szły dalej — wielka dusza — serce wielkie. —
Pokażcie mi się, weźcie postać, którą bym mógł zgiąć i obalić. — Jeśli się was ulęknę, bodajbym Jej nie otrzymał nigdy. —
Uwiąż się dłoni mojej i wzleć. —
Cóż się dzieje z tobą — kwiaty odrywają się od skroni twoich i padają na ziemię, a jak tylko się jej dotkną, ślizgają jak jaszczurki, czołgają jak żmije. —
Mój luby! —
Przez Boga, suknię wiatr zdarł ci z ramion i rozdarł w szmaty. —
Czemu się ociągasz? —
Deszcz kapie z włosów — kości nagie wyzierają z łona. —
Obiecałeś — przysiągłeś —
Błyskawica zrzenice[39] jej wyżarła[40]. —
Stara, wracaj do piekła — uwiodłaś serce wielkie i dumne, podziw ludzi i siebie samego. — Serce wielkie, idź za lubą twoją[41]. —
Boże, czy Ty mnie za to potępisz, żem uwierzył, iż Twoja piękność przenosi o całe niebo piękność tej ziemi — za to, żem ścigał za nią i męczył się dla niej, ażem stał się igrzyskiem szatanów!
Słuchajcie, bracia — słuchajcie! —
Dobija ostatnia godzina. — Burza kręci się czarnymi wiry — morze dobywa się na skały i ciągnie ku mnie — niewidoma siła pcha mnie coraz dalej — coraz bliżej —z tyłu tłum ludzi wsiadł mi na barki i prze ku otchłani. —
Radujcie się, bracia — radujcie! —
Na próżno walczyć — rozkosz otchłani mnie porywa[42] — zawrót w duszy mojej — Boże — wróg Twój zwycięża! —
Pokój wam, bałwany, uciszcie się. —
W tej chwili[43] na głowę dziecięcia twego zlewa się woda święta. —
Wracaj do domu i nie grzesz więcej. —
Wracaj do domu i kochaj dziecię twoje. —
Gdzie Pani?
Pani słaba. —
Byłem w jej pokoju — pusty. —
Jasny Panie, bo JW. Pani tu nie ma.
A gdzie?
Odwieźli ją wczoraj…
Gdzie?
Do domu wariatów.
Słuchaj, Mario, może ty udajesz, skryłaś się gdzie, żeby mnie ukarać? Ozwij się, proszę cię — Mario — Marysiu —
Nie — nikt nie odpowiada. — Janie — Katarzyno! — Ten dom cały ogłuchł — oniemiał. —
Tę, której przysiągłem na wierność i szczęście, sam strąciłem do rzędu potępionych już na tym świecie. — Wszystko, czegom się dotknął, zniszczyłem i siebie samego zniszczę w końcu. — Czyż na to piekło mnie wypuściło, bym trochę dłużej był jego żywym obrazem na ziemi?
Na jakiejże poduszce ona dziś głowę położy? — Jakież dźwięki otoczą ją w nocy? — Skowyczenia i śpiewy obłąkanych. Widzę ją — czoło, na którym zawsze myśl spokojna, witająca — uprzejma — przezierała — pochylone trzyma — a myśl dobrą swoją posłała w nieznane obszary, może za mną, i błąka się biedna, i płacze. —
Dramat układasz[44]. —
Ha! — mój Szatan się odzywa —
Tatara mi osiodłać — płaszcz mój i pistolety! —
— Może Pan krewny Hrabiny. —
Jestem przyjacielem jej męża, on mnie tu przysłał. —
Proszę Pana — wiele sobie z niej obiecywać nie sposób — mój mąż wyjechał, byłby to lepiej wyłuszczył — przywieźli ją zawczoraj — była w konwulsjach. — Jakie gorąco. —
Mamy dużo chorych — żadnego jednak tak niebezpiecznie, jak ona. — Imainuj[45] sobie Pan, ten instytut kosztuje nas ze dwakroć sto tysięcy. — Patrz Pan, jaki widok na góry — ale Pan, widzę, niecierpliwy — więc to nieprawda, że jakóbiny[46]jej męża porwali w nocy? — Proszę Pana. —
Chcę być z nią sam na sam. —
Mój mąż by się gniewał, gdyby…
Dajże mi W. Pani pokój! —
W łańcuchy spętaliście Boga. — Jeden już umarł na krzyżu. — Ja drugi Bóg, i równie wśród katów. —
Na rusztowanie głowy królów i panów — ode mnie poczyna się wolność ludu. —
Klękajcie przed królem, panem waszym. —
Kometa na niebie już błyska — dzień strasznego sądu się zbliża. —
Czy mnie poznajesz, Mario? —
Przysięgłam ci na wierność do grobu. —
Chodź — daj mi ramię, wyjdziemy. —
Nie mogę się podnieść — dusza opuściła ciało moje, wstąpiła do głowy. —
Pozwól, wyniosę ciebie. —
Dozwól chwil kilka jeszcze, a stanę się godną ciebie. —
Jak to?
Modliłam się trzy nocy i Bóg mnie wysłuchał. —
Nie rozumiem cię. —
Od kiedym cię straciła, zaszła odmiana we mnie — „Panie Boże” mówiłam i biłam się w piersi, i gromnicę przystawiałam do piersi, i pokutowałam, „spuść na mnie ducha poezji” i trzeciego dnia z rana stałam się poetą. —
Mario —
Henryku, mną teraz już nie pogardzisz — jestem pełna natchnienia — wieczorami już mnie nie będziesz porzucał. —
Nigdy, nigdy. —
Patrz na mnie. — Czy nie zrównałam się z tobą? — Wszystko pojmę, zrozumiem, wydam, wygram, wyśpiewam. — Morze, gwiazdy, burza, bitwa. — Tak, gwiazdy, burza, morze — ach! wymknęło mi się jeszcze coś — bitwa. — Musisz mnie zaprowadzić na bitwę — ujrzę i opiszę — trup, całun, krew, fala, rosa, trumna. —
Przeklęstwo — przeklęstwo[48]! —
Henryku mój, Henryku, jakżem szczęśliwa. —
Trzech królów własną ręką zabiłem — dziesięciu jest jeszcze — i księży stu śpiewających mszę. —
Słońce trzecią część blasku straciło — gwiazdy zaczynają potykać się po drogach swoich — niestety — niestety[49].
Dla mnie już nadszedł dzień sądu.
Rozjaśnij czoło, bo smucisz mnie na nowo. — Czegóż ci nie dostaje? — Wiesz, powiem ci coś jeszcze.
Mów, a wszystkiego dopełnię.
Twój syn będzie poetą.
Co?
Na chrzcie ksiądz mu dał pierwsze imię — poeta — a następne znasz, Jerzy Stanisław. — Jam to sprawiła — błogosławiłam, dodałam przeklęstwo — on będzie poetą. — Ach, jakże cię kocham, Henryku.
Daruj im, Ojcze, bo nie wiedzą, co czynią.
Tamten dziwne cierpi obłąkanie — nieprawdaż?
Najdziwniejsze.
On nie wie, co gada, ale ja ci ogłoszę, co by było, gdyby Bóg oszalał[50]
Wszystkie światy lecą to na dół, to w górę — człowiek każdy, robak każdy krzyczy — „Ja Bogiem” — i co chwila jeden po drugim konają — gasną komety i słońca. — Chrystus nas już nie zbawi — krzyż swój wziął w ręce obie i rzucił w otchłań. Czy słyszysz, jak ten krzyż, nadzieja milionów, rozbija się o gwiazdy, łamie się, pęka, rozlatuje w kawałki, a coraz niżej i niżej — aż tuman wielki powstał z jego odłamków — Najświętsza Bogarodzica jedna się jeszcze modli i gwiazdy, Jej służebnice, nie odbiegły Jej dotąd — ale i Ona pójdzie, kędy idzie świat cały. —
Mario, może chcesz widzieć syna[51]? —
Jam mu skrzydła przypięła, posłała między światy, by się napoił wszystkim, co piękne i straszne, i wyniosłe. — On wróci kiedyś i uraduje ciebie. — Ach!
Źle tobie?
W głowie mi ktoś lampę zawiesił[52] i lampa się kołysze — nieznośnie. —
Mario moja najdroższa, bądźże mi spokojna, jako dawniej byłaś. —
Kto jest poetą, ten nie żyje długo.
Hej! ratunku — pomocy! —
Pigułek — proszków! — Nie — nic zsiadłego — owszem, płynne jakie lekarstwo. — Małgosiu, bież do apteczki! — Pan sam temu przyczyną — mój mąż mnie wyłaje. —
Żegnam cię, Henryku. —
To JW. Hrabia sam w osobie swojej!
Mario, Mario! —
Dobrze mi, bo umieram przy tobie. —
Jaka czerwona. — Krew rzuciła się do mózgu.
Ale jej nic nie będzie!
Już jej nic nie ma — umarła. —
Czemu, o dziecię, nie hasasz na kijku, nie bawisz się lalką, much nie mordujesz, nie wbijasz na pal motyli, nie tarzasz się po trawnikach, nie kradniesz łakoci[54], nie oblewasz łzami wszystkich liter od A do Z? — Królu much i motyli, przyjacielu poliszynela[55], czarcie maleńki, czemuś tak podobny do aniołka? — Co znaczą twoje błękitne oczy, pochylone, choć żywe, pełne wspomnień, choć ledwo kilka wiosen przeszło ci nad głową? — Skąd czoło opierasz na rączkach białych i zdajesz się marzyć, a jako kwiat obarczony rosą, tak skronią twoje obarczone myślami? —
A kiedy się zarumienisz, płoniesz jak stulistna róża i, pukle odwijając w tył, wzroczkiem sięgasz do nieba — powiedz, co słyszysz, co widzisz, z kim rozmawiasz wtedy? — Bo na twe czoło występują zmarszczki, gdyby cieniutkie nici, płynące z niewidzialnego kłębka — bo w oczach twoich jaśnieje iskra, której nikt nie rozumie — a mamka twoja płacze i woła na ciebie, i myśli, że jej nie kochasz — a znajomi i krewni wołają na ciebie i myślą, że ich nie poznajesz — twój ojciec jeden milczy i spogląda ponuro, a łza mu się zakręci i znowu gdzieś przepadnie. —
Lekarz wziął cię za puls, liczył bicia i ogłosił, że masz nerwy. — Ojciec Chrzestny ciast ci przyniósł, poklepał po ramieniu i wróżył, że będziesz obywatelem pośród wielkiego narodu. — Profesor przystąpił i macał głowę twoją, i wyrzekł, że masz zdatność do nauk ścisłych[56]. — Ubogi, któremuś dał grosz, przechodząc, do czapki, obiecał ci piękną żonę na ziemi i koronę w niebie. — Wojskowy przyskoczył, porwał i podrzucił, i krzyknął: „Będziesz pułkownikiem”. — Cyganka długo czytała dłoń twoją prawą i lewą, nic wyczytać nie mogła; jęcząc odeszła, dukata wziąć nie chciała. — Magnetyzer[57] palcami ci wionął w oczy, długimi palcami twarz ci okrążył i przeląkł się, bo czuł, że sam zasypia. — Ksiądz gotował cię do pierwszej spowiedzi — i chciał ukląc[58] przed tobą, jak przed obrazkiem. — Malarz nadszedł, kiedyś się gniewał i tupał nóżkami; nakreślił z ciebie szatanka i posadził cię na obrazie dnia sądnego między wyklętymi duchami. —
Tymczasem wzrastasz i piękniejesz — nie ową świeżością dzieciństwa mleczną i poziomkową, ale pięknością dziwnych, niepojętych myśli, które chyba z innego świata płyną ku tobie — bo choć często oczy masz gasnące, śniade lica, zgięte piersi, każdy, co spojrzy na ciebie, zatrzyma się i powie: „Jakie śliczne dziecię!” — Gdyby kwiat, co więdnie, miał duszę z ognia i natchnienie z nieba, gdyby na każdym listku, chylącym się ku ziemi, anielska myśl leżała miasto kropli rosy, ten kwiat byłby do ciebie podobnym, o dziecię moje — może takie bywały przed upadkiem Adama[59]. —
Zdejm kapelusik i módl się za duszę matki. —
Zdrowaś Panno Maryjo, łaskiś Bożej pełna, Królowa niebios, Pani wszystkiego, co kwitnie na ziemi, po polach, nad strumieniami…
Czego odmieniasz słowa modlitwy — módl się, jak cię nauczono, za matkę, która temu dziesięć lat właśnie o tej samej godzinie skonała.
Zdrowaś Panno Maryjo, łaski Bożej pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś między Aniołami, i każdy z nich, kiedy przechodzisz, tęczę jedną z skrzydeł swych wydziera i rzuca pod stopy Twoje. — Ty na nich, jak gdyby na falach[61]…
Orcio! —
Kiedy mi te słowa się nawijają i bolą w głowie tak, że, proszę Papy, muszę je powiedzieć. —
Wstań, taka modlitwa nie idzie do Boga. — Matki nie pamiętasz — nie możesz jej kochać. —
Widuję bardzo często Mamę. —
Gdzie, mój maleńki? —
We śnie, to jest, niezupełnie we śnie, ale tak, kiedy zasypiam, na przykład zawczoraj[62]. —
Dziecko moje, co ty gadasz?
Była bardzo biała i wychudła. —
A mówiła co do ciebie?
Zdawało mi się, że się przechadza po wielkiej i szerokiej ciemności, sama bardzo biała, i mówiła:
Widzi Ojciec, że pamiętam słowo w słowo — proszę kochanego Papy, ja nie kłamię. —
Mario, czyż dziecię własne chcesz zgubić, mnie dwoma zgonami obarczyć?… Co ja mówię? Ona gdzieś w niebie, cicha i spokojna, jak za życia na ziemi — marzy się tylko temu biednemu chłopięciu. —
I teraz słyszę głos jej, lecz nic nie widzę. —
Skąd — w której stronie? —
Jak gdyby od tych dwóch modrzewi, na które pada światło zachodzącego słońca. —
Czyż myśli ostatnie przy zgonie towarzyszą duszy, choć dostanie się do nieba — możeż być duch szczęśliwym, świętym i obłąkanym zarazem? —
Głos Mamy słabieje[63], ginie już prawie za murem kośćtnicy[64], ot tam — tam — jeszcze powtarza —
Boże, zmiłuj się nad dzieckiem naszym, którego, zda się, że w gniewie Twoim przeznaczyłeś szaleństwu i za wczesnej śmierci. — Panie, nie wydzieraj rozumu własnym stworzeniom, nie opuszczaj świątyń, któreś Sam wybudował Sobie — spojrzyj na męki moje, i aniołka tego nie wydawaj piekłu — mnieś przynajmniej obdarzył siłą na wytrzymanie natłoku myśli, namiętności i uczuć, a jemu? — dałeś ciało do pajęczyny podobne, które lada myśl wielka rozerwie — o Panie Boże — o Boże! —
Od lat dziesięciu dnia spokojnego nie miałem — nasłałeś wielu ludzi na mnie, którzy mi szczęścia winszowali, zazdrościli, życzyli — spuściłeś na mnie grad boleści i znikomych obrazów, i przeczuciów[66], i marzeń — łaska Twoja na rozum spadła, nie na serce moje — dozwól mi dziecię ukochać w pokoju, i niechaj stanie mir[67] już między Stwórcą i stworzonym. — Synu, przeżegnaj się i chodź ze mną. Wieczny odpoczynek.
Powtarzam, iż to jest nieodbitą, samowolną wiarą[68] we mnie, że czas nadchodzi wyzwolenia kobiet i Murzynów. —
Pan masz rację.
I wielkiej do tego odmiany w towarzystwie[69] ludzkim w szczególności i w ogólności — z czego wywodzę odrodzenie się rodu ludzkiego przez krew i zniszczenie form starych. —
Tak się Panu wydaje? —
Podobnie jako glob nasz się prostuje lub pochyla na osi swojej przez nagłe rewolucje. —
Czy widzisz to drzewo spróchniałe? —
Z młodymi listkami na dolnych gałązkach. —
Dobrze. — Jak sądzisz — wiele lat jeszcze stać może?
Czy ja wiem? — Rok — dwa lata. —
A jednak dzisiaj wypuściło z siebie kilka listków świeżych, choć korzenie gniją coraz bardziej. —
Cóż z tego? —
Nic — tylko, że gruchnie i pójdzie precz na węgle i popiół, bo nawet stolarzowi nie zda się na nic. —
Przecie nie o tym mowa. —
Jednak to obraz twój i wszystkich twoich, i wieku twego, i teorii twojej[70]. —
Pracowałem lat wiele na odkrycie ostatniego końca wszelkich wiadomości, rozkoszy i myśli, i odkryłem — próżnię grobową w sercu moim — znam wszystkie uczucia po imieniu, a żadnej żądzy, żadnej wiary, miłości nie ma we mnie — jedno[71] kilka przeczuciów krąży w tej pustyni — o synu moim, że oślepnie — o towarzystwie, w którym wzrosłem, że rozprzęgnie się — i cierpię tak, jak Bóg jest szczęśliwy, sam w sobie, sam dla siebie[72]. —
Schorzałych, zgłodniałych, rozpaczających pokochaj bliźnich twoich, biednych bliźnich twoich, a zbawion będziesz.
Kto się odzywa? —
Kłaniam uniżenie — lubię czasem zastanawiać podróżnych darem, który natura osadziła we mnie. — Jestem brzuchomowca[75]. —
Na kopersztychu[76] podobną twarz gdzieś widziałem. —
Hrabia ma dobrą pamięć. —
Niech będzie pochwalon —
Na wieki wieków — amen. —
Ty i głupstwo twoje. —
Biedne dziecię, dla win ojca, dla szału matki przeznaczone wiecznej ślepocie — nie dopełnione, bez namiętności, żyjące tylko marzeniem, cień przelatującego anioła, rzucony na ziemię[77] i błądzący w znikomości swojej. — Jakiż ogromny orzeł wzbił się nad miejscem, w którym ten człowiek zniknął! —
Witam cię — witam.
Leci ku mnie, cały czarny — świst jego skrzydeł jako świst tysiąca kul w boju. —
Szablą ojców twoich bij się o ich cześć i potęgę.
Roztoczył się nade mną — wzrokiem węża grzechotnika[78] ssie mi źrzenice — ha! rozumiem ciebie. —
Nie ustępuj, nie ustąp nigdy — a wrogi twe, podłe wrogi twe pójdą w pył. —
Żegnam cię wśród skał, pomiędzy którymi znikasz — bądź co bądź, fałsz czy prawda, zwycięstwo czy zaguba[79], uwierzę tobie, posłanniku chwały. — Przeszłości, bądź mi ku pomocy — a jeśli duch twój wrócił do łona Boga, niechaj się znów oderwie, wstąpi we mnie, stanie się myślą, siłą i czynem. —
Idź, podły gadzie — jako strąciłem ciebie i nie ma żalu po tobie w naturze, tak oni wszyscy stoczą się w dół i po nich żalu nie będzie — sławy nie zostanie — żadna chmura się nie odwróci w żegludze, by spojrzeć za sobą na tylu synów ziemi, ginących pospołu. —
Oni naprzód — ja potem. —
Błękicie niezmierzony, ty ziemię obwijasz — ziemia niemowlęciem, co zgrzyta i płacze — ale ty nie drżysz, nie słuchasz jej, ty płyniesz w nieskończoność swoją. —
Matko naturo[80], bądź mi zdrowa — idę się na człowieka przetworzyć, walczyć idę z bracią moją.
Nic mu nie pomogli — w Panu ostatnia nadzieja. —
Bardzo mi zaszczytnie…
Mów panu[81], co czujesz. —
Już nie mogę ciebie, Ojcze, i tego pana rozpoznać — iskry i nicie czarne latają przed moimi oczyma, czasem z nich wydobędzie się na kształt cieniutkiego węża — i nuż robi się chmura żółta — ta chmura w górę podleci, spadnie na dół, pryśnie z niej tęcza — i to nic mnie nie boli. —
Stań, Panie Jerzy, w cieniu — wiele Pan lat masz? —
Skończył czternaście. —
Teraz odwróć się do okna. —
A cóż?
Powieki prześliczne, białka[82] przeczyste, żyły wszystkie w porządku, muszkuły w sile. —
Śmiej się Pan z tego — Pan będziesz zdrów jak ja. —
Nie ma nadziei. — Sam Pan Hrabia przypatrz się źrzenicy — nieczuła na światło — osłabienie zupełne nerwu optycznego. —
Mgłą zachodzi mi wszystko — wszystko. —
Prawda — rozwarta — Szara — bez życia. —
Kiedy spuszczę powieki, więcej widzę niż z otwartymi oczyma. —
Myśl w nim ciało przepsuła[83] — należy się bać katalepsji[84]. —
Wszystko, co zażądasz — pół mojego majątku —
Dezorganizacja nie może się zreorganizować[85]. —
Najniższy sługa Pana Hrabiego, muszę jechać zdjąć jednej pani kataraktę[86]. —
Zmiłuj się, nie opuszczaj nas jeszcze. —
Może Pan ciekawy nazwiska tej choroby?
I żadnej, żadnej nie ma nadziei?
Zowie się po grecku, amaurosis[87]. Jest to ślepota spowodowana chorobą czy uszkodzeniem nerwu wzrokowego lub zmianami w mózgu. —
Ale ty widzisz jeszcze cokolwiek?
Słyszę głos twój, Ojcze. —
Spojrzyj w okno, tam słońce, pogoda. —
Pełno postaci mi się wije między źrzenicą a powieką — widzę twarze widziane, znajome miejsca — karty książek czytanych. —
To widzisz jeszcze?
Tak, oczyma duszy, lecz tamte pogasły. —
Przed kim ukląkłem — gdzie mam się upomnieć o krzywdę mojego dziecka? —
Milczmy raczej — Bóg się z modlitw, Szatan z przeklęstw śmieje[88]. —
Twój syn poetą — czegóż żądasz więcej?
Zapewnie, to wielkie nieszczęście być ślepym. —
I bardzo nadzwyczajne w tak młodym wieku. —
Był zawsze słabej kompleksji, i matka jego umarła nieco… tak…
Jak to?
Poniekąd tak — Wać Pan rozumiesz — bez piątej klepki. —
Przepraszam Pana, żem go prosił o tak późnej godzinie, ale od kilku dni mój biedny syn budzi się zawsze około dwunastej, wstaje i przez sen mówi — proszę za mną. —
Chodźmy. — Jestem bardzo ciekawy owego fenomenu. —
Cicho. —
Obudził się, a nas nie słyszy.
Proszę Panów nic nie mówić. —
To rzecz arcydziwna. —
O Boże — Boże. —
Jak powoli stąpa. —
Jak trzyma ręce założone na piersiach. —
Nie mrugnie powieką — ledwo że usta roztwiera, a przecie głos ostry, przeciągły z nich się dobywa. —
Jezusie Nazareński!
Precz ode mnie ciemności — jam się urodził synem światła i pieśni — co chcecie ode mnie? — czego żądacie ode mnie? —
Nie poddam się wam, choć wzrok mój uleciał z wiatrami i goni gdzieś po przestrzeniach — ale on wróci kiedyś, bogaty w promienie gwiazd, i oczy moje rozogni płomieniem. —
Tak jak nieboszczka, plecie sam nie wie co — to widok bardzo zastanawiający. —
Zgadzam się z Panem Dobrodziejem. —
Najświętsza Panno Częstochowska, weź mi oczy i daj jemu. —
Matko moja, proszę cię — matko moja, naślij mi teraz obrazów i myśli, bym żył wewnątrz, bym stworzył drugi świat w sobie, równy temu, jaki postradałem. —
Co myślisz, bracie, to wymaga rady familijnej. —
Czekaj — cicho. —
Nie odpowiadasz mi — o matko! nie opuszczaj mnie. —
Obowiązkiem moim jest prawdę mówić. —
Tak jest — to jest obowiązkiem — i zaletą lekarzy, Panie Konsyliarzu[89].
Pański syn ma pomieszanie zmysłów, połączone z nadzwyczajną drażliwością nerwów, co niekiedy sprawia, że tak powiem, stan snu i jawu[90] zarazem, stan podobny do tego, który oczewiście[91] tu napotykamy. —
Boże, patrz, on Twoje sądy mi tłumaczy. —
Chciałbym pióra i kałamarza — Cerasi laurei dwa grana[92] etc. etc. …
W tamtym pokoju Pan znajdziesz — proszę wszystkich, by wyszli. —
Dobranoc — dobranoc — do jutra —
Dobrej nocy mi życzą — mówcie o długiej nocy — o wiecznej może — ale nie o dobrej, nie o szczęśliwej. —
Wesprzyj się na mnie, odprowadzę cię do łóżka. —
Ojcze, co to się ma znaczyć[93]? —
Okryj się dobrze i zaśnij spokojnie, bo doktor mówi, że wzrok odzyskasz. —
Tak mi niedobrze — sen mi przerwały głosy czyjeś. —
Niech moje błogosławieństwo spoczywa na tobie — nic ci więcej dać nie mogę, ni szczęścia, ni światła, ni sławy — a dobija godzina[94], w której będę musiał walczyć, działać z kilkoma ludźmi przeciwko wielu ludziom. — Gdzie się ty podziejesz, sam jeden i wśród stu przepaści, ślepy, bezsilny, dziecię i poeto zarazem, biedny śpiewaku bez słuchaczy, żyjący duszą za obrębami ziemi, a ciałem przykuty do ziemi — o ty nieszczęśliwy, najnieszczęśliwszy z aniołów, o ty mój synu? —
Pan Konsyliarz każe JW. Pana prosić. —
Dobra moja Katarzyno, zostań się przy małym. —
Do pieśni — do pieśni[96].
Kto ją zacznie, kto jej dokończy? — Dajcie mi przeszłość, zbrojną w stal, powiewną rycerskimi pióry[97]. — Gotyckie wieże wywołam przed oczy wasze — rzucę cień katedr świętych na głowy wam. — Ale to nie to — tego już nigdy nie będzie. —
Ktokolwiek jesteś, powiedz mi, w co wierzysz — łatwiej byś życia się pozbył, niż wiarę jaką wynalazł, wzbudził wiarę w sobie. Wstydźcie się, wstydźcie wszyscy, mali i wielcy, — a mimo was, mimo żeście mierni i nędzni, bez serca i mózgu, świat dąży ku swoim celom, rwie za sobą, pędzi przed się, bawi się z wami, przerzuca, odrzuca — walcem świat się toczy, pary znikają i powstają, wnet zapadają, bo ślisko — bo krwi dużo[98] — krew wszędzie — krwi dużo, powiadam wam. —
Czy widzisz owe tłumy, stojące u bram miasta wśród wzgórzów[99] i sadzonych topoli — namioty rozbite — zastawione deski, długie, okryte mięsiwem i napojami, podparte pniami, drągami. — Kubek lata z rąk do rąk — a gdzie ust się dotknie, tam głos się wydobędzie, groźba, przysięga lub przeklęstwo. — On lata, zawraca, krąży, tańcuje, zawsze pełny, brzęcząc, błyszcząc, wśród tysiąców[100]. — Niechaj żyje kielich pijaństwa i pociechy! —
Czy widzicie, jak oni czekają niecierpliwie — szemrzą między sobą, do wrzasków się gotują — wszyscy nędzni, ze znojem na czole, z rozczuchranymi[101] włosy, w łachmanach, z spiekłymi twarzami, z dłoniami pomarszczonymi od trudu — ci trzymają kosy, owi potrząsają młotami, heblami — patrz — ten wysoki trzyma topór spuszczony — a tamten stemplem[102] żelaznym nad głową powija; dalej w bok pod wierzbą chłopię małe wisznię[103] do ust kładzie, a długie szydło w prawej ręce ściska[104]. — Kobiety przybyły także, ich matki, ich żony, głodne i biedne jak oni, zwiędłe przed czasem, bez śladów piękności — na ich włosach kurzawa bitej drogi — na ich łonach poszarpane odzieże — w ich oczach coś gasnącego, ponurego, gdyby przedrzeźnianie wzroku — ale wnet się ożywią — kubek lata wszędzie, obiega wszędzie. — Niech żyje kielich pijaństwa i pociechy! —
Teraz szum wielki powstał w zgromadzeniu — czy to radość, czy rozpacz? — kto rozpozna jakie uczucie w głosach tysiąców? — Ten, który nadszedł, wstąpił na stół, wskoczył na krzesło i panuje nad nimi, mówi do nich. — Głos jego przeciągły, ostry, wyraźny — każde słowo rozeznasz, zrozumiesz — ruchy jego powolne, łatwe, wtórują słowom, jak muzyka pieśni — czoło wysokie, przestronne, włosa jednego na czaszce nie masz, wszystkie wypadły, strącone myślami — skóra przyschła do czaszki, do liców, żółtawo się wcina pomiędzy koście i muszkuły[105] — a od skroni broda czarna wieńcem twarz opasuje — nigdy krwi, nigdy zmiennej barwy na licach — oczy niewzruszone, wlepione w słuchaczy — chwili jednej zwątpienia, pomieszania nie dojrzeć; a kiedy ramię wzniesie, wyciągnie, wytęży ponad nimi, schylają głowy, zda się, że wnet uklękną przed tym błogosławieństwem wielkiego rozumu — nie serca — precz z sercem, z przesądami[106], a niech żyje słowo pociechy i mordu! —
To ich wściekłość, ich kochanie, to władzca[107] ich dusz i zapału — on obiecuje im chleb i zarobek — krzyki się wzbiły, rozciągnęły, pękły po wszystkich stronach — „Niech żyje Pankracy[108]! — chleba nam, chleba, chleba!” — A u stóp mówcy opiera się na stole przyjaciel czy towarzysz, czy sługa. —
Oko wschodnie, czarne, cieniowane długimi rzęsy — ramiona obwisłe, nogi uginające się, ciało niedołężnie w bok schylone — na ustach coś lubieżnego, coś złośliwego, na palcach złote pierścienie — i on także głosem chrapliwym woła — „Niech żyje Pankracy!” — Mówca ku niemu na chwilę wzrok obrócił. — „Obywatelu przechrzto[109], podaj mi chustkę”.—
Tymczasem trwają poklaski i wrzaski. — „Chleba nam, chleba, chleba! — Śmierć panom, śmierć kupcom — chleba, chleba!” —
Bracia moi podli, bracia moi mściwi, bracia kochani, ssajmy[110] karty Talmudu[111] jako pierś mleczną, pierś żywotną, z której siła i miód płynie dla nas, dla nich gorycz i trucizna.
Jehowa pan nasz, a nikt inny. — On nas porozrzucał wszędzie, On nami, gdyby splotami niezmiernej gadziny, oplótł świat czcicielów Krzyża, panów naszych, dumnych, głupich, niepiśmiennych[112]. — Po trzykroć pluńmy na zgubę im — po trzykroć przeklęstwo im.
Cieszmy się, bracia moi. — Krzyż, wróg nasz, podcięty, zbutwiały, stoi dziś nad kałużą krwi, a jak raz się powali, nie powstanie więcej. — Dotąd pany go bronią.
Dopełnia się praca wieków, praca nasza markotna, bolesna, zawzięta. — Śmierć panom — po trzykroć pluńmy na zgubę im — po trzykroć przeklęstwo im!
Na wolności bez ładu, na rzezi bez końca, na zatargach i złościach, na ich głupstwie i dumie osadzim potęgę Izraela — tylko tych panów kilku — tych kilku jeszcze zepchnąć w dół — trupy ich przysypać rozwalinami Krzyża. —
Krzyż znamię święte nasze — woda chrztu połączyła nas z ludźmi — uwierzyli pogardzający miłości pogardzonych. —
Wolność ludzi prawo nasze — dobro ludu cel nasz — uwierzyli synowie chrześcijan w synów Kajfasza[113].
—Przed wiekami wroga umęczyli ojcowie nasi — my go na nowo dziś umęczym i nie zmartwychwstanie więcej. —
Chwil kilka jeszcze, jadu żmii kropel kilka jeszcze — a świat nasz, nasz, o bracia moi! —
Jehowa Pan Izraela, a nikt inny. — Po trzykroć pluńmy na zgubę ludom — po trzykroć przeklęstwo im. —
Do roboty waszej — a ty, święta księgo, precz stąd, by wzrok przeklętego nie zbrudził kart twoich. —
Kto tam?
Swój — W imieniu Wolności[114], otwieraj. —
Bracia, do młotów i powrozów. —
Dobrze, Obywatele, że czuwacie i ostrzycie puginały na jutro. —
A ty co robisz w tym kącie? —
Stryczki, Obywatelu. —
Masz rozum, bracie — kto od żelaza nie padnie w boju, ten na gałęzi skona. —
Miły Obywatelu Leonardzie, czy sprawa pewna na jutro? —
Ten, który myśli i czuje[115] najpotężniej z nas wszystkich, wzywa cię na rozmowę przeze mnie. — On ci sam na to pytanie odpowie. —
Idę — a wy nie ustawajcie w pracy — Jankielu, pilnuj ich dobrze. —
Powrozy i sztylety, kije i pałasze, rąk naszych dzieło, wyjdziecie na zatratę im — oni panów zabiją po błoniach — rozwieszą po ogrodach i borach — a my ich potem zabijem, powiesim. — Pogardzeni wstaną w gniewie swoim, w chwałę Jehowy się ustroją; słowo Jego zbawienie, miłość Jego dla nas zniszczeniem dla wszystkich. — Pluńmy po trzykroć na zgubę im, po trzykroć przeklęstwo im! —
Pięćdziesięciu hulało tu przed chwilą i za każdym słowem moim krzyczało — Vivat — czy choć jeden zrozumiał myśli moje? — pojął koniec drogi, u początku której hałasuje? — Ach! servile imitatorum pecus[117]. —
Czy znasz hrabiego Henryka?
Wielki Obywatelu, z widzenia raczej niż z rozmowy — raz tylko, pamiętam, przechodząc na Boże Ciało, krzyknął mi — „Ustąp się” — i spojrzał na mnie wzrokiem pana — za co mu ślubowałem stryczek w duszy mojej. —
Jutro jak najraniej wybierzesz się do niego i oświadczysz, że chcę się z nim widzieć osobiście, potajemnie, pojutrze w nocy. —
Wiele mi dasz ludzi? Bo nieostrożnie byłoby się puszczać samemu. —
Puścisz się sam, moje imię strażą twoją — szubienica, na której powiesiliście Barona zawczoraj, plecami twymi. —
Aj waj!
Powiesz, że przyjdę do niego o dwunastej w nocy, pojutrze. —
A jak mnie każe zamknąć lub obije? —
To będziesz męczennikiem za Wolność Ludu. —
Wszystko, wszystko za Wolność Ludu —
Aj waj —
Dobranoc, Obywatelu. —
Na co ta odwłoka, te półśrodki, układy — rozmowy? — Kiedym przysiągł uwielbiać i słuchać ciebie, to że cię miałem za bohatera ostateczności, za orła lecącego wprost do celu, za człowieka stawiającego siebie i swoich wszystkich na jedną kartę. —
Milcz, dziecko. —
Wszyscy gotowi — przechrzty broń ukuli i powrozów nasnuli — tłumy krzyczą, wołają o rozkaz; daj rozkaz, a on pójdzie jak iskra, jak błyskawica, i w płomień się zamieni, i przejdzie w grom. —
Krew ci bije do głowy — to konieczność lat twoich, a z nią walczyć nie umiesz i to nazywasz zapałem. —
Rozważ, co czynisz. Arystokraty w bezsilności swojej zawarli się w Św. Trójcy[118] i czekają naszego przybycia jak noża gilotyny. — Naprzód, Mistrzu, bez zwłoki naprzód, i po nich.
Wszystko jedno — oni stracili siły ciała w rozkoszach, siły rozumu w próżniactwie legnąć muszą. —
Kogóż się boisz — któż cię wstrzymuje? —
Nikt — jedno wola moja. —
I na ślepo jej mam wierzyć?
Zaprawdę ci powiadam — na ślepo. —
Ty nas zdradzasz. —
Jak zwrotka u pieśni, tak zdrada u końca każdej mowy twojej — nie krzycz, bo gdyby nas kto podsłuchał…
Tu szpiegów nie ma, a potem cóż?…
Nic — tylko pięć kul w twoich piersiach za to, żeś śmiał głos podnieść o ton jeden wyżej w mojej przytomności. —
Wierz mi — daj sobie pokój. —
Uniosłem się, przyznaję — ale nie boję się kary. — Jeśli śmierć moja za przykład służyć może, sprawie naszej hartu i powagi dodać, rozkaż. —
Jesteś żywy, pełny nadziei i wierzysz głęboko — najszczęśliwszy z ludzi, nie chcę pozbawiać cię życia. —
Co mówisz? —
Myśl więcej, gadaj mniej, a kiedyś mnie zrozumiesz. — Czy posłałeś do magazynu po dwa tysiące ładunków? —
Posłałem Dejca z oddziałem. —
A składka szewców oddana do kasy naszej?
Z najszczerszym zapałem się złożyli co do jednego i przynieśli sto tysięcy.
Jutro zaproszę ich na wieczerzę. — Czy słyszałeś co nowego o hrabim Henryku? —
Pogardzam zanadto panami, bym wierzył temu, co o nim mówią — upadające rasy energii nie mają — mieć nie powinny, nie mogą. —
On jednak zbiera swoich włościan i, zaufany w ich przywiązaniu, gotuje się iść na odsiecz zamkowi Świętej Trójcy[120].
Kto nam zdoła się oprzeć — przecie w nas wcieliła się Idea wieku naszego. —
Ja chcę go widzieć — spojrzeć mu w oczy — przeniknąć do głębi serca — przeciągnąć na naszą stronę. —
Zabity arystokrata. —
Ale poeta zarazem[121]. — Teraz zostaw mnie samym. —
Przebaczasz mi, Obywatelu?
Zaśnij spokojnie — gdybym ci nie przebaczył, już byś zasnął na wieki. —
Jutro nic nie będzie? —
Dobrej nocy i miłego marzenia. —
Hej, Leonardzie! —
Obywatelu Wodzu —
Pojutrze w nocy pójdziesz ze mną do hrabiego Henryka. —
Słyszałem. —
Dlaczegóż mnie, wodzowi tysiąców, ten jeden człowiek na zawadzie stoi? — Siły jego małe w porównaniu z moimi — kilkaset chłopów, ślepo wierzących jego słowu, przywiązanych miłością swojskich zwierząt… To nędza, to zero. — Czemuż tak pragnę go widzieć, omamić — czyż duch mój napotkał równego sobie i na chwilę się zatrzymał? — Ostatnia to zapora dla mnie na tych równinach — trza ją obalić, a potem… Myśli moja, czyż nie zdołasz łudzić siebie, jako drugich łudzisz — wstydź się, przecie ty znasz swój cel, ty jesteś myślą — panią ludu — w tobie zeszła się wola i potęga wszystkich — i co zbrodnią dla innych, to chwałą dla ciebie. — Ludziom podłym, nieznanym, nadałaś imiona — ludziom bez czucia wiarę nadałaś — świat na podobieństwo swoje[122] — świat nowy utworzyłaś naokoło siebie — a sama błąkasz się i nie wiesz, czym jesteś. — Nie, nie, nie — ty jesteś wielką[123]!
Pamiętaj! —
JW. Panie, oprowadzę cię[125] — nie wydam cię, na honor. —
Mrugnij okiem, palec podnieś, a w łeb ci strzelę — możesz się domyślić, że nie dbam o życie twoje… kiedym własne na to odważył. —
Aj waj — żelaznymi kleszczami dłoń mi ściskasz — cóż mam robić!
Mów ze mną jak ze znajomym, z przyjacielem nowo przybyłym. — Cóż to za taniec? —
Taniec wolnych ludzi[126]. Tańcują mężczyźni i kobiety wokoło szubienicy i śpiewają.
Chleba, zarobku, drzewa na opał w zimie, odpoczynku w lecie! — Hura — Hura!
Bóg nad nami nie miał litości — Hura — Hura! —
Królowie nad nami nie mieli litości — Hura — Hura! —
Panowie nad nami nie mieli litości — Hura! —
My dziś Bogu, królom i panom za służbę podziękujem — Hura — Hura! —
Cieszy mnie, żeś tak rumiana i wesoła.
A dyć tośmy długo na taki dzień czekały. — Juści, ja myłam talerze, widelce szurowała ścierką, dobrego słowa nie słyszała nigdy — a dyć czas, czas, bym jadła sama — tańcowała sama[127] — Hura! —
Tańcuj, Obywatelko. —
Zmiłuj się, JW. Panie — ktoś może cię poznać — wychodźmy. —
Jeśli kto[128] mnie pozna, toś zginął — idźmy dalej. —
Pod tym dębem siedzi klub Lokajów[129]. —
Przybliżmy się.
Jużem ubił mojego dawnego pana. —
Ja szukam dotąd mojego barona — zdrowie twoje! —
Obywatele, schyleni nad prawidłem w pocie i poniżeniu, glancując buty, strzyżąc[130] włosy, poczuliśmy prawa nasze — zdrowie klubu całego! —
Zdrowie Prezesa — on nas powiedzie drogą honoru[131]. —
Dziękuję, Obywatele.
Z przedpokojów, więzień naszych, razem, zgodnie, jednym wypadliśmy rzutem — Vivat! — Salonów znamy śmieszności i wszeteczeństwa[132] — Vivat! — Vivat! —
Cóż to za głosy, twardsze i dziksze, wychodzące z tej gęstwiny na lewo? —
To chór rzeźników, JW. Panie. —
Obuch i nóż to broń nasza — szlachtuz[133] to życie nasze. — Nam jedno: czy bydło, czy panów rznąć. —
Dzieci siły i krwi, obojętnie patrzym na drugich, słabszych i bielszych — kto nas powoła, ten nas ma — dla panów woły, dla ludu panów bić będziem.
Obuch i nóż broń nasza — szlachtuz życie nasze — szlachtuz — szlachtuz — szlachtuz. —
Tych lubię — przynajmniej nie wspominają ani o honorze, ani o filozofii. — Dobry wieczór Pani. —
JW. Panie, mów Obywatelko — lub Wolna Kobieto. —
Cóż znaczy ten tytuł, skąd się wyrwał? — Fe — fe — cuchniesz starzyzną. —
Język mi się zaplątał. —
Jestem swobodną, jako ty, niewiastą wolną, a towarzystwu za to, że mi prawa przyznało, rozdaję miłość moją. —
Towarzystwo znów za to ci dało te pierścienie i ten łańcuch ametystowy. — Och! podwójnie dobroczynne towarzystwo! —
Nie, te drobnostki zdarłam przed wyzwoleniem moim — z męża mego, wroga mego, wroga wolności, który mnie trzymał na uwięzi. —
Życzę Obywatelce miłej przechadzki. —
Któż jest ten dziwny żołnierz — oparty na szabli obosiecznej, z główką trupią na czapce, z drugą na felcechu[134], z trzecią na piersiach? — Czy to nie sławny Bianchetti[135], taki dziś kondotier ludów, jako dawniej bywali kondotiery książąt i rządów? —
On sam, JW. Panie — dopiero od tygodnia do nas przybyły. —
Nad czym tak zamyślił się Generał? —
Widzicie, Obywatele, ową lukę między jaworami? — Patrzcie dobrze — dojrzycie tam na górze zamek — doskonale widzę przez moją lunetę mury, okopy i cztery bastiony[136]. —
Trudno go opanować.
Tysiąc tysięcy królów[137]! — można obejść jarem, podkopać się, i…
Obywatelu Generale. —
Czujesz ten kurek odwiedziony pod moim płaszczem? —
Aj waj! —
Jakżeś więc to ułożył, Obywatelu Generale? —
Chociażeście moi bracia w wolności, nie jesteście moimi braćmi w geniuszu — po zwycięstwie dowie się każdy o moich planach. —
Radzę wam, go zabijcie, bo tak się poczyna każda Arystokracja[138]. —
Przeklęstwo — przeklęstwo. —
Cóż robisz pod tym drzewem, biedny człowiecze — czemu patrzysz tak dziko i mgławo? —
Przeklęstwo kupcom, dyrektorom fabryki — najlepsze lata, w których inni ludzie kochają dziewczyny, biją się na otwartym polu, żeglują po otwartych morzach, ja prześlęczałem w ciasnej komorze, nad warsztatem jedwabiu[139]. —
Wychylże czarę, którą trzymasz w dłoni. —
Sił nie mam — podnieść do ust nie mogę — ledwo się tutaj przyczołgałem, ale dla mnie już nie zaświta dzień wolności. — Przeklęstwo kupcom, co jedwab sprzedają, i panom, co noszą jedwabie — przeklęstwo — przeklęstwo!
Jaki brzydki trup. —
Tchórzu wolności, obywatelu Przechrzto, patrz na tę głowę bez życia, pływającą w pokrwawie[140] zachodzącego słońca. —
Gdzie się podzieją teraz wasze wyrazy, wasze obietnice — równość — doskonałość i szczęście rodu ludzkiego[141]? —
Bodajbyś także za wcześnie zdechł i ciało twoje psy rozerwały na sztuki. —
Puszczaj mnie — muszę zdać sprawę z mojego poselstwa. —
Powiesz, żem cię miał za szpiega i dlatego zatrzymał. —
Odgłosy biesiady głuchną z tyłu — przed nami już same tylko sosny i świerki, oblane promieńmi[142] wieczoru. —
Nad drzewami skupiają się chmury — lepiej byś wrócił do swoich ludzi, którzy i tak już[143] od dawna czekają na ciebie w jarze Świętego Ignacego. —
Dzięki ci za troskliwość, mości Żydzie — nazad! — Chcę obywateli raz jeszcze[144] w zmierzchu obejrzyć. —
Syn chamów dobranoc zasyła staremu słonku.
Zdrowie twoje, dawny wrogu nasz, coś nas pędził do pracy i znoju — jutro, wschodząc, zastaniesz twoich niewolników przy mięsiwie i konwiach — a teraz, szklanko, idź do czarta! —
Orszak chłopów tu ciągnie. —
Nie wyrwiesz się — stój za tym pniem i milcz.
Naprzód, naprzód, pod namioty, do braci naszych — naprzód, naprzód, pod cień jaworów, na sen, na miłą wieczorną gawędkę — tam dziewki nas czekają — tam woły pobite, dawne pługów zaprzęgi, czekają nas.
Ciągnę go i wlokę, zżyma się i opiera — idź w rekruty — idź! —
Dzieci moje, litości, litości[145]. —
Wróć mi wszystkie dni pańszczyzny. —
Wskrześ mi syna, Panie, spod batogów kozackich[146]. —
Chamy piją zdrowie twoje, Panie — przepraszają cię, Panie.
Upiór[147] ssał krew i poty nasze — mamy upiora — nie puścim upiora — przez biesa, przez biesa, ty zginiesz wysoko, jako pan, jako wielki pan, wzniesion nad nami wszystkimi[148]. — Panom tyranom śmierć — nam biednym, nam głodnym, nam strudzonym jeść, spać i pić. — Jako snopy na polu, tak ich trupy będą — jako plewy w młockarniach, tak perzyny ich zamków — przez kosy nasze, siekiery i cepy, bracia, naprzód. —
Nie mogłem twarzy dojrzeć wśród zastępów. —
Może jaki przyjaciel lub krewny JW–go. —
Nim pogardzam, a was nienawidzę — poezja to wszystko ozłoci kiedyś. — Dalej, Żydzie — dalej! —
Gałęzie podarły na łachmany moją czapkę wolności. — A to co za piekło z rudawych płomieni, wznoszące się wśród tych dwóch ścian lasu, tych dwóch nawałów ciemności? —
Zabłądziliśmy, szukając wąwozu Świętego Ignacego — nazad w krzaki, bo tu Leonard odprawia obrzędy nowej wiary[149]. —
Przez Boga, naprzód! — tegom żądał właśnie, nie lękaj się, nikt nas nie pozna. —
Ostrożnie — powoli. —
Wszędzie rozwaliny jakiegoś ogromu, który musiał wieki przetrwać, nim runął — filary, podnóża, kapitele[150], ćwiertowane[151] posągi, rozrzucone floresy[152], którymi oplatano starodawne sklepienia — teraz mi pod stopą zamignęła[153] stłuczona szyba — zda się, że twarz Bogarodzicy na chwilę wyjrzała z cieniu[154] i znów tam ciemno — tu, patrz, cała arkada[155] leży — tu krata żelazna, zasypana gruzem — z góry lunął błysk pochodni — widzę pół rycerza śpiącego na połowie grobu — gdzież jestem, przewodniku? —
Nasi ludzie krwawo pracowali przez czterdzieści dni i nocy, aż wreszcie[156] zburzyli ostatni kościół — na tych równinach. — Teraz właśnie cmentarz mijamy.
Wasze pieśni, ludzie nowi, gorzko brzmią w moich uszach — czarne postacie z tyłu, z przodu, po bokach się cisną, a pędzone wiatrem blaski i cienie przechadzają się po tłumie, jak żyjące duchy. —
W imieniu Wolności pozdrawiam was obu. —
Przez śmierć panów witam was obu. —
Czego się nie śpieszycie? Tam śpiewają kapłani Wolności. —
Niepodobna się oprzeć — zewsząd nas pchają. —
Któż jest ten młody człowiek, na gruzach przybytku stojący? — Trzy ogniska palą się pod nim, wśród dymu i łuny twarz jego płonie, głos jego brzmi szaleństwem. —
To Leonard, prorok natchnięty[157] Wolności — naokoło stoją nasze kapłany, filozofy, poeci, artyści, córki ich i kochanki. —
Ha! wasza arystokracja[158] — pokaż mi tego, który cię przysłał. —
Nie widzę go tutaj. —
Dajcie mi ją do ust, do piersi, w objęcia, dajcie piękną moją, niepodległą, wyzwoloną, obnażoną z zasłon i przesądów, wybraną spośród córek Wolności, oblubienicę moją. —
Wyrywam się do ciebie, mój kochanku. —
Patrz, ramiona wyciągam do ciebie — upadłam z niemocy — tarzam się po zgliszczach, kochanku mój. —
Wyprzedziłam je — przez popiół i żar, ogień i dym stąpam ku tobie, kochanku mój. —
Z rozpuszczonym włosem, z dyszącą piersią wdziera się na gruzy namiętnymi podrzuty.
Tak co noc bywa. —
Do mnie, do mnie, o rozkoszo[159] moja — córo Wolności. — Ty drżysz w boskim szale. — Natchnienie, ogarnij mą duszę — słuchajcie wszyscy — teraz wam prorokować będę. —
Głowę pochyliła, mdleje. —
My oboje obrazem rodu ludzkiego[160], wyzwolonego, zmartwychwstającego — patrzcie — stoim na rozwalinach starych kształtów, starego Boga. — Chwała nam, bośmy członki Jego rozerwali, teraz proch i pył z nich — a duch Jego zwyciężyli naszymi duchami — duch Jego zstąpił do nicości. —
Szczęśliwa, szczęśliwa oblubienica Proroka — my tu na dole stoimy i zazdrościm jej chwały. —
Świat nowy ogłaszam — Bogu nowemu oddaję niebiosa. Panie swobody i rozkoszy, Boże ludu, każda ofiara zemsty, trup każdego ciemięzcy twoim niech będzie ołtarzem — w oceanie krwi utoną stare łzy i cierpienia rodu ludzkiego — życiem jego odtąd szczęście — prawem jego równość — a kto inne tworzy, temu stryczek i przeklęstwo. —
Rozpadła się budowa ucisku i dumy — kto z niej choć kamyczek podniesie, temu śmierć i przeklęstwo.
Bluźnierce Jehowy, po trzykroć pluję na zgubę wam. —
Orle, dotrzymaj obietnicy, a ja tu na ich karkach nowy kościół Chrystusowi postawię. —
Wolność — szczęście — hura! — hejże! — rykacha! — hurracha! — hurracha!
Gdzie pany, gdzie króle, co niedawno przechadzali się po ziemi w berłach i koronach, w dumie i gniewie? —
Ja zabiłem króla Aleksandra. —
Ja króla Henryka. —
Ja króla Emanuela. —
Idźcie bez trwogi i mordujcie bez wyrzutów — boście wybrani z wybranych, święci wśród najświętszych — boście męczennikami — bohaterami Wolności. —
Pójdziemy nocą ciemną, sztylety ściskając w dłoniach, pójdziemy, pójdziemy. —
Obudź się, urodziwa moja. —
Nuż, odpowiedzcie żyjącemu Bogu[161] — wznieście pieśni wasze — chodźcie za mną[162] wszyscy, wszyscy, jeszcze raz obejdziem i zdepcem świątynię umarłego Boga. —
A ty podnieś głowę — powstań i obudź się.
Pałam miłością ku tobie i Bogu twemu, światu całemu miłość rozdam moją — płonę — płonę.
Ktoś mu zabiegł — padł na kolana — mocuje się sam z sobą, coś bełkoce, coś jęczy. —
Widzę, widzę, to syn sławnego filozofa.
Czego żądasz, Hermanie? —
Arcykapłanie, daj mi święcenie zbójeckie.
Podajcie mi olej, sztylet i truciznę.
Olejem, którym dawniej namaszczano królów, na zgubę królom namaszczam cię dzisiaj — broń dawnych rycerzy i Panów na zatratę panów kładę w ręce twoje — na twoich Piersiach zawieszam medalion, pełny trucizny tam, gdzie twoje żelazo nie dojdzie, niech ona żre i pali wnętrzności tyranów. — Idź i niszcz stare pokolenia po wszech stronach świata[163]. —
Ruszył z miejsca i na czele orszaku ciągnie po wzgórzu. —
Usuńmy się z drogi. —
Nie — chcę tego snu dokończyć[164]. —
Po trzykroć pluję na ciebie. —
Leonard może mnie poznać, JW. Panie — patrz, jaki nóż wisi na jego piersiach. —
Zakryj się płaszczem moim. — Co to za niewiasty przed nim tańcują? —
Hrabiny i księżniczki, które porzuciwszy mężów przeszły na wiarę naszą. —
Niegdyś anioły moje — Pospólstwo go zewsząd oblało — zginął mi w natłoku — jedno po muzyce poznaję, że się od nas oddala. — Choć za mną — stamtąd lepiej nam patrzeć będzie. —
Aj waj, aj waj! Każdy nas tu spostrzeże. —
Widzę go znowu — drugie niewiasty cisną się za nim, blade, obłąkane, w konwulsjach. — Syn filozofa pieni się, potrząsa sztyletem. — Dochodzą teraz do ruin wieży północnej. —
Stanęli — pląsają na gruzach — rozrywają nieobalone arkady — sypią iskrami na leżące ołtarze i krzyże — płomień się zajmuje i gna słupy dymu przed sobą — biada wam — biada[165]! —
Biada ludziom, którzy dotąd się kłaniają umarłemu Bogu. —
Czarne bałwany nawracają się i ku nam pędzą. —
O Abrahamie! —
Orle, wszak moja godzina nie tak bliska jeszcze? —
Już po nas. —
Coś ty za jeden, bracie, z taką dumną twarzą — czemu[166] nie łączysz się z nami? —
Śpieszę z daleka na odgłos waszego powstania. — Jestem morderca klubu Hiszpańskiego[167] i dopiero dziś przybyłem. —
A ten drugi po co się w zawojach płaszcza twego kryje? —
To mój brat młodszy — ślubował, że twarzy ludziom nie ukaże, nim zabije przynajmniej barona. —
Ty sam czyją śmiercią się chlubisz? —
Na dwa dni tylko przed wybraniem się w drogę starsi bracia dali mi święcenie. —
Kogóż masz na myśli?
Ciebie pierwszego, jeśli się nam sprzeniewierzysz. —
Bracie, na ten użytek weź sztylet mój. —
Bracie, na ten użytek i mojego wystarczy. —
Niech żyje Leonard! — Niech żyje morderca Hiszpański! —
Jutro staw się u namiotu Obywatela Wodza.
Pozdrawiamy cię, gościu, imieniem ducha Wolności — w ręku twoim część naszego zbawienia. — Kto walczy bez ustanku, morduje bez słabości, kto dniem i nocą wierzy zwycięstwu, ten zwycięży wreszcie. —
My ród ludzki dźwignęli z dzieciństwa. — My prawdę z łona ciemności wyrwali na jaśnią. — Ty za nią walcz, morduj i giń.
Towarzyszu bracie, czaszką starego świętego piję zdrowie[168] twoje — do widzenia. —
Zabij dla mnie księcia Jana[169]. —
Dla mnie hrabiego Henryka. —
Prosimy cię ślicznie o głowę arystokraty. —
Szczęść się twojemu sztyletowi! —
Na ruinach gotyckich świątynię zbudujem tu nową — obrazów w niej ni posągów nie ma — sklepienie w długie puginały, filary w osiem głów ludzkich, a szczyt każdego filara jako włosy, z których się krew sączy — ołtarz jeden biały — znak jeden na nim — czapka wolności — Hurracha! —
Dalej, dalej, już brzask świta.
Rychło nas powieszą — gdzie szubienica. —
Cicho, Żydzie — lecą za Leonardem, nie patrzą już na nas. — Ogarniam wzrokiem, raz ostatni podchwytuję myślą ten chaos, dobywający się z toni czasu, z łona ciemności, na zgubę moją i wszystkich braci moich — gnane szałem, porwane rozpaczą myśli moje w całej sile swej kołują. —
Boże, daj mi potęgę, której nie odmawiałeś mi niegdyś — a w jedno słowo zamknę świat ten nowy, ogromny — on siebie sam nie pojmuje. — Lecz to słowo moje będzie poezją przyszłości[171]. —
Dramat układasz.
Dzięki za radę. — Zemsta za zhańbione popioły ojców moich — przeklęstwo nowym pokoleniom[172] — ich wir mnie otacza — ale nie porwie za sobą. — Orle, orle, dotrzymaj obietnicy! — A teraz na dół ze mną i do jaru Św. Ignacego.
Już dzień bliski — nie pójdę dalej. —
Drogę mi znajdź — puszczę cię potem. —
Wśród mgły i zwalisk, cierni i popiołów gdzie mnie wleczesz? — Daruj mi, daruj. —
Naprzód, naprzód i na dół ze mną! — Ostatnie pieśni ludu konają za nami. — ledwo gdzie jeszcze tli się pochodnia — pośród tych wyziewów bladych, tych zroszonych drzew czy widzisz cienie przeszłości — czy słyszysz te żałobne głosy? —
Mgła wszystko zalewa — coraz bardziej zlatujemy w dół. —
Płaczmy za Chrystusem, za Chrystusem wygnanym, umęczonym — gdzie Bóg nasz, gdzie kościół Jego? —
Prędzej, prędzej do miecza, do boju! — Ja Go wam oddam — na tysiącach krzyżów rozkrzyżuję nieprzyjaciół Jego. —
Strzegliśmy ołtarzy i pomników świętych — odgłos dzwonów na skrzydłach nosiliśmy wiernym — w dźwiękach organów były głosy nasze — w połyskach szyb katedry, w cieniach jej filarów, w blaskach pucharu świętego, w błogosławieństwie Ciała Pańskiego było życie nasze. Teraz gdzie się podziejemy? —
Rozwidnia się coraz bardziej — ich postacie mdleją w promieniach zorzy. —
Tędy droga twoja, tam jaru początek. —
Hej! — Jezus i szabla moja! —
Weź na pamiątkę rzecz i godło zarazem[173]. —
Wszak zaręczyłeś mi słowem, JW. Panie, bezpieczeństwo tego, który dziś o północy…
Stary szlachcic dwa razy nie powtarza słowa — Jezus i szabla moja! —
Maryja i szabla nasza — niech pan nasz żyje! —
Wiara! do mnie — bądź zdrów, obywatelu! —
Wiara! do mnie — Jezus i Maryja[174]! —
Położyć się twarzą do murawy — leżeć w milczeniu — ognia mi nie krzesać, nawet do fajki — a za pierwszym strzałem skoczyć mi na pomoc. — Jeśli strzału nie będzie, nie ruszać się do dnia białego. —
Obywatelu, raz cię jeszcze zaklinam. —
Ty przylep się do tej sosny i dumaj. —
Mnie jednego przynajmniej weź z sobą — to pan, to arystokrata, to kłamca. —
Stara szlachta słowa dotrzymuje czasem.
Niegdyś o tej samej porze wśród grożących niebezpieczeństw i podobnych myśli Brutusowi ukazał się geniusz Cezara[175]. —
I ja dziś czekam na podobne widzenie. — Za chwilę stanie przede mną człowiek bez imienia, bez przodków, bez anioła stróża — co wydobył się z nicości i zacznie może nową Epokę[176], jeśli go w tył nie odrzucę nazad, nie strącę do nicości. —
Ojcowie moi, natchnijcie mnie tym, co was panami świata uczyniło — wszystkie lwie serca wasze dajcie mi do piersi — powaga skroni waszych niechaj się zleje na czoło moje. — Wiara w Chrystusa i Kościół Jego, ślepa, nieubłagana, wrząca, natchnienie dzieł waszych na ziemi, nadzieja chwały nieśmiertelnej w niebie, niechaj zstąpi na mnie, a wrogów będę mordował i palił, ja, syn stu pokoleń, ostatni dziedzic waszych myśli i dzielności, waszych cnót i błędów.
Teraz gotów jestem. —
JW. Panie, człowiek, który miał się stawić, przybył i czeka. —
Niech wejdzie. —
Witam hrabiego Henryka. — To słowo „hrabia” dziwnie brzmi w gardle moim. —
Dzięki ci, żeś zaufał domowi mojemu — starym zwyczajem piję zdrowie twoje. —
Gościu, w ręce twoje! —
Jeśli się nie mylę, te godła czerwone i błękitne zowią się herbem w języku umarłych. — Coraz mniej takich znaczków na powierzchni ziemi.
Za pomocą Bożą, wkrótce tysiące ich ujrzysz. —
Otóż mi stara szlachta — zawsze pewna swego — dumna, uporczywa, kwitnąca nadzieją, a bez grosza, bez oręża[177], bez żołnierzy. — Odgrażająca się jak umarły w bajce powoźnikowi u furtki cmentarza — wierząca lub udająca, że wierzy w Boga — bo w siebie trudno wierzyć. — Ale pokażcie mi pioruny, na waszą obronę zesłane, i pułki aniołów, spuszczone z niebios. —
Śmiej się z własnych słów. — Ateizm to stara formuła[178] — a spodziewałem się czegoś nowego po tobie. —
Śmiej się z własnych słów. — Ja mam wiarę silniejszą, ogromniejszą od twojej. — Jęk przez rozpacz i boleść wydarty tysiącom tysiąców — głód rzemieślników — nędza włościan — hańba ich żon i córek — poniżenie ludzkości, ujarzmionej przesądem i wahaniem się, i bydlęcym przyzwyczajeniem — oto wiara moja — a Bóg mój na dzisiaj — to myśl moja — to potęga moja[179] — która chleb i cześć im rozda na wieki. —
Ja położyłem siłę moją w Bogu, który Ojcom moim panowanie nadał. —
A całe życie byłeś diabła igrzyskiem[180]. — Zresztą zostawiam tę rozprawę teologom, jeśli jaki pedant tego rzemiosła żyje dotąd w całej okolicy — do rzeczy — do rzeczy! —
Czegóż więc żądasz ode mnie, zbawco narodów, obywatelu–boże[181]? —
Przyszedłem tu, bo chciałem cię poznać — po wtóre ocalić[182]. —
Wdzięcznym za pierwsze — drugie zdaj na szablę moją. —
Szabla twoja — szkło[183], Bóg twój, mara. — Potępionyś głosem tysiąców — opasanyś ramionami tysiąców — kilka morgów ziemi wam zostało, co ledwo na wasze groby wystarczy[184] — dwudziestu dni bronić się nie możecie. — Gdzie wasze działa, rynsztunki, żywność — a wreście, gdzie męstwo?… Gdybym był tobą, wiem, co bym uczynił. —
Słucham — patrz, jakem cierpliwy. —
— Ja więc, hr. Henryk, rzekłbym do Pankracego: „Zgoda — rozpuszczam mój hufiec, mój hufiec jedyny — nie idę na odsiecz Świętej Trójcy — a za to zostaję przy moim imieniu i dobrach[185], których całość warujesz mi słowem”. —
Wiele masz lat, hrabio? —
Trzydzieści sześć, obywatelu. —
Jeszcze piętnaście lat najwięcej — bo tacy ludzie niedługo żyją — twój syn bliższy grobu niż młodości — jeden wyjątek ogromowi nie szkodzi. — Bądź więc sobie ostatnim hrabią na tych równinach — panuj do śmierci w domu naddziadów — każ malować ich obrazy i rżnąć herby. — A o tych nędzarzach nie myśl już więcej[186]. — Niech się wyrok ludu spełni nad nikczemnikami. —
Zdrowie twoje, ostatni hrabio! —
Obrażasz mnie każdym słowem; zda się, próbujesz, czy zdołasz w niewolnika obrócić na dzień tryumfu swego. — Przestań, bo ja ci się odwdzięczyć nie mogę. — Opatrzność mojego słowa cię strzeże. —
Honor święty, honor rycerski wystąpił na scenę — zwiędły to łachman w sztandarze ludzkości. — O! Znam ciebie, przenikam ciebie — pełnyś życia, a łączysz się z umierającymi, bo chcesz się oszukać[187], bo chcesz wierzyć jeszcze w kasty, w kości prababek, w słowo „ojczyzna” i tam dalej — ale w głębi ducha sam wiesz, że braci twojej należy się kara, a po karze niepamięć. —
Tobie zaś i twoim cóż inszego?
Zwycięstwo i życie. — Jedno tylko prawo uznaję i przed nim kark schylam — tym prawem świat bieży w coraz wyższe kręgi — ono jest zgubą waszą i woła teraz przez moje usta:
„Zgrzybiali, robaczywi, pełni napoju i jadła, ustąpcie młodym, zgłodniałym i silnym”. —
Ale — ja pragnę cię wyratować — ciebie jednego. —
Bodajbyś zginął marnie za tę litość twoją. — Ja także znam świat twój i ciebie — patrzałem wśród cieniów nocy na pląsy motłochu, po karkach którego wspinasz się do góry — widziałem wszystkie stare zbrodnie świata, ubrane w szaty świeże, nowym kołujące tańcem — ale ich koniec ten sam co przed tysiącami lat — rozpusta, złoto i krew. — A ciebie tam nie było — nie raczyłeś zstąpić pomiędzy dzieci twoje — bo w głębi ducha ty pogardzasz nimi — kilka chwil jeszcze, a jeśli rozum cię nie odbieży, ty będziesz pogardzał sam sobą. —
Nie dręcz mnie więcej. —
Świat mój jeszcze nie rozparł się w polu — zgoda — nie wyrósł na olbrzyma — łaknie dotąd chleba i wygód — ale przyjdą czasy —
Ale przyjdą czasy, w których on zrozumie siebie i powie o sobie: „Jestem” — a nie będzie drugiego głosu na świecie, co by mógł także odpowiedzieć: „Jestem”. —
Cóż dalej? —
Z pokolenia, które piastuję w sile woli mojej, narodzi się plemię ostatnie, najwyższe, najdzielniejsze. — Ziemia jeszcze takich nie widziała mężów. — Oni są ludźmi wolnymi, panami jej od bieguna do bieguna[188]. — Ona cała jednym miastem kwitnącym, jednym domem szczęśliwym, jednym warsztatem bogactw i przemysłu[189]. —
Słowa twoje kłamią — ale twarz twoja niewzruszona, blada, udać nie umie natchnienia. —
Nie przerywaj, bo są ludzie, którzy na klęczkach mnie o takie słowa prosili, a ja im tych słów skąpiłem. —
Tam spoczywa Bóg, któremu już śmierci nie będzie — Bóg, pracą i męką czasów odarty z zasłon — zdobyty na niebie przez własne dzieci, które niegdyś porozrzucał na ziemi, a one teraz przejrzały i dostały prawdy — Bóg ludzkości objawił się im[190].
A nam przed wiekami — ludzkość przezeń już zbawiona. —
Niechże się cieszy takim zbawieniem — nędzą dwóch tysięcy lat, upływających od Jego śmierci na krzyżu. —
Widziałem ten krzyż, bluźnierco, w starym, starym Rzymie — u stóp Jego leżały gruzy potężniejszych sił niż twoje — sto bogów, twemu podobnych, walało się w pyle, głowy skaleczonej podnieść nie śmiało ku Niemu — a On stał na wysokościach, święte ramiona wyciągał na wschód i na zachód, czoło święte maczał w promieniach słońca — znać było, że jest Panem świata[191]. —
Stara powiastka — pusta jak chrzęst twego herbu. —
Ale ja dawniej czytałem twe myśli. — Jeśli więc umiesz sięgać w nieskończoność[192], jeśli kochasz prawdę i szukałeś jej szczerze, jeśliś człowiekiem na wzór ludzkości, nie na podobieństwo mamczynych piosneczek, słuchaj, nie odrzucaj tej chwili zbawienia. Krwi, którą oba wylejem dzisiaj, jutro śladu nie będzie — ostatni raz ci mówię — jeśliś tym, czym wydawałeś się niegdyś, wstań, porzuć dom i chodź za mną[193]. —
Tyś młodszym bratem szatana. —
Daremne marzenia — kto ich dopełni? — Adam skonał na pustyni — my nie wrócim do raju[194].
Zagiąłem palec popod serce jego — trafiłem do nerwu poezji. —
Postęp, szczęście rodu ludzkiego — i ja kiedyś wierzyłem — ot! macie, weźcie głowę moją, byleby… Stało się. — Przed stoma laty, przed dwoma wiekami polubowna ugoda mogła jeszcze… ale teraz, wiem — teraz trza mordować się nawzajem — bo teraz im tylko chodzi o zmianę plemienia. —
Biada zwyciężonym[195] — nie wahaj się — powtórz raz tylko „biada” — i zwyciężaj z nami. —
Czyś zbadał wszystkie manowce Przeznaczenia — czy pod kształtem widomym stanęło Ono u wejścia namiotu twojego w nocy i olbrzymią dłonią błogosławiło tobie — lub w dzień czyś słyszał głos Jego o południu, kiedy wszyscy spali w skwarze, a tyś jeden rozmyślał — że mi tak pewno grozisz zwycięstwem, człowiecze z gliny, jako ja, niewolniku pierwszej lepszej kuli, pierwszego lepszego cięcia?
Nie łudź się marną nadzieją — bo nie draśnie mnie ołów, nie tknie się żelazo, dopóki jeden z was opiera się mojemu dziełu, a co później nastąpi, to już wam nic z tego. —
Czas szydzi z nas obu. — Jeśliś znudzony życiem, przynajmniej ocal syna swego. —
Dusza jego czysta, już ocalona w niebie — a na ziemi los ojca go czeka. —
Odrzuciłeś więc? —
Milczysz — dumasz — dobrze — niechaj ten duma, co stoi nad grobem. —
Z dala od tajemnic, które za krańcami twoich myśli odbywają się teraz w głębi ducha mojego! — Świat cielska do ciebie należy — tucz go jadłem, oblewaj posoką i winem — ale dalej nie zachodź i precz, precz ode mnie! —
Sługo jednej myśli i kształtów jej, pedancie rycerzu[196], poeto, hańba tobie! — Patrz na mnie — myśli i kształty są woskiem palców moich. —
Darmo, ty mnie nie zrozumiesz nigdy — bo każden z ojców twoich pogrzeban z motłochem pospołu, jako rzecz martwa, nie jako człowiek z siłą i duchem. —
Spojrzyj na te postacie — myśl ojczyzny, domu, rodziny, myśl, nieprzyjaciółka twoja, na ich czołach wypisana zmarszczkami — a co w nich było i przeszło, dzisiaj we mnie żyje. — Ale ty, człowiecze, powiedz mi, gdzie jest ziemia twoja? — Wieczorem namiot twój rozbijasz na gruzach cudzego domu, o wschodzie go zwijasz i koczujesz dalej — dotąd nie znalazłeś ogniska swego i nie znajdziesz, dopóki stu ludzi zechce powtórzyć za mną: „Chwała ojcom naszym!” —
Tak, chwała dziadom twoim na ziemi i niebie — w rzeczy samej jest na co patrzyć.
Ów, starosta, baby strzelał po drzewach[197] i Żydów piekł żywcem. — Ten z pieczęcią w dłoni i podpisem — „kanclerz” — sfałszował akta, spalił archiwa, przekupił sędziów, trucizną przyśpieszył spadki — stąd wsie twoje, dochody, potęga. — Tamten, czarniawy, z ognistym okiem, cudzołożył po domach przyjaciół — ów z Runem Złotym[198], w kolczudze[199] włoskiej, znać służył u cudzoziemców — a ta pani blada, z ciemnymi puklami, kaziła się z giermkiem swoim — tamta czyta list kochanka i śmieje się, bo noc bliska — tamta, z pieskiem na robronie[200], królów była nałożnicą. — Stąd wasze genealogie bez przerwy, bez plamy. — Lubię tego w zielonym kaftanie — pił i polował z bracią szlachtą[201], a chłopów wysyłał, by z psami gonili jelenie. — Głupstwo i niedola kraju całego — oto rozum i moc wasza. — Ale dzień sądu bliski i w tym dniu obiecuję wam, że nie zapomnę o żadnym z was[202], o żadnym z ojców waszych, o żadnej chwale waszej. —
Mylisz się, mieszczański synu[203]. — Ani ty, ani żaden z twoich by nie żył, gdyby ich nie wykarmiła łaska, nie obroniła potęga ojców moich. — Oni wam wśród głodu rozdawali zboże, wśród zarazy stawiali szpitale — a kiedyście z trzody zwierząt wyrośli na niemowlęta, oni wam postawili świątynie i szkoły — podczas wojny tylko zostawiali doma, bo wiedzieli, żeście nie do pola bitwy. —
Słowa twoje łamią się na ich chwale, jak dawniej strzały pohańców[204] na ich świętych pancerzach — one ich popiołów nie wzruszą nawet — one zaginą jak skowyczenia psa wściekłego, co bieży i pieni się, aż skona gdzie na drodze. — A teraz czas już tobie wyniść z domu mego. — Gościu, wolno puszczam ciebie. —
Do widzenia na okopach Świętej Trójcy. —
A kiedy wam kul zabraknie i prochu…
To się zbliżym na długość[205] szabel naszych. — Do widzenia. —
Dwa orły z nas — ale gniazdo twoje strzaskane piorunem. —
Przechodząc próg ten, rzucam nań przeklęstwo, należne starości. — I ciebie, i syna twego poświęcam zniszczeniu. —
Hej, Jakubie!
Odprowadzić tego człowieka aż do ostatnich czat moich na wzgórzu. —
Tak mi Panie Boże dopomóż! —
Od baszt Świętej Trójcy[207] do wszystkich szczytów skał, po prawej, po lewej, z tyłu i na przodzie leży mgła śnieżysta, blada, niewzruszona, milcząca, mara oceanu, który niegdyś miał brzegi swoje, gdzie te wierzchołki czarne, ostre, szarpane, i głębokości swoje, gdzie dolina, której nie widać, i słońce, które jeszcze się nie wydobyło. —
Na wyspie granitowej, nagiej, stoją wieże zamku, wbite w skałę pracą dawnych ludzi i zrosłe ze skałą jak pierś ludzka z grzbietem u Centaura[208]. — Ponad nimi sztandar się wznosi, najwyższy i sam jeden wśród szarych błękitów.
Powoli śpiące obszary budzić się zaczną — w górze słychać szumy wiatrów — z dołu promienie się cisną — i kra z chmur pędzi po tym morzu z wyziewów. —
Wtedy inne głosy, głosy ludzkie, przymieszają się do tej znikomej burzy i niesione na mglistych bałwanach, roztrącą się o stopy zamku. —
Widna przepaść wśród obszarów, co pękły nad nią. —
Czarno tam w jej głębi, od głów ludzkich czarno — dolina cała zarzucona głowami ludzkimi, jako dno morza głazami. —
Słońce ze wzgórzów[209] na skały wstępuje — w złocie unoszą się, w złocie roztapiają się chmury, a im bardziej nikną, tym lepiej słychać wrzaski, tym lepiej dojrzeć można tłumy, płynące u dołu. —
Z gór podniosły się mgły — i konają teraz po nicościach błękitu. — Dolina Świętej Trójcy obsypana światłem migającej broni i Lud ciągnie zewsząd do niej jak do równiny Ostatniego Sądu[210]. —
Ostatnie sługi Twoje, w ostatnim kościele[211] Syna Twego, błagamy Cię za czcią ojców naszych. — Od nieprzyjaciół wyratuj nas, Panie!
Patrz, z jaką dumą spogląda na wszystkich. —
Myśli, że świat podbił. —
A on się tylko nocą przedarł przez obóz chłopów. —
Sto trupów położył, a dwieście swoich stracił[212]. —
Nie dajmy, by go wodzem obrali.
U stóp twoich składam zdobycz moją. —
Przypasz miecz ten, błogosławiony niegdyś ręką Świętego Floriana[213]. —
Niech żyje hr. Henryk — niech żyje!
I przyjm ze znakiem Krzyża Św. dowództwo w tym zamku, ostatnim państwie naszym — wolą wszystkich mianuję cię wodzem. —
Niech żyje — niech żyje! —
Nie pozwalam[214]. —
Precz — precz — za drzwi! — Niech żyje Henryk! —
Jeśli kto ma co do zarzucenia mnie, niechaj wystąpi, wśród tłumu się nie kryje. —
Ojcze, szablę tę biorę i niech mi Bóg zrządzi zgon prędki, za wczesny, jeśli nią ocalić was nie zdołam. —
Daj mu siłę — daj mu Ducha Świętego, Panie! — Od nieprzyjaciół wyratuj nas, Panie!
Teraz przysięgnijcie wszyscy, że chcecie bronić wiary i czci przodków waszych — że głód i pragnienie umorzy was do śmierci, ale nie do hańby — nie do poddania się — nie do ustąpienia choćby jednego z praw Boga waszego lub waszych[215]. —
Przysięgamy. —
Krzywoprzysięzca gniewem Twoim niech obarczon będzie! — Bojaźliwy gniewem Twoim niech obarczon będzie! — Zdrajca gniewem Twoim niech obarczon będzie! —
Przysięgamy. —
Teraz obiecuję wam sławę — u Boga wyproście zwycięstwo. —
Jakże — wszystko stracone? —
Nie wszystko — chyba że wam serca zabraknie przed czasem. —
Przed jakim czasem?
Przed śmiercią. —
Hrabio, podobno widziałeś się z tym okropnym człowiekiem. — Będzież on miał litości choć trochę nad nami, kiedy się dostaniem w ręce jego? —
Zaprawdę ci mówię, że o takiej litości żaden z ojców twoich nie słyszał — zowie się szubienica. —
Trza się bronić jak można. —
Co Książę mówi? —
Parę słów na boku. —
To wszystko dobre jest dla gminu, ale między nami oczywistym jest, że się oprzeć nie zdołamy. —
Cóż więc pozostaje? —
Obrano cię wodzem, a zatem do ciebie należy rozpocząć układy. —
Ciszej — ciszej! —
Dlaczego? —
Boś, Mości Książę, już na śmierć zasłużył. —
Kto wspomni o poddaniu się, ten śmiercią karanym będzie. —
Kto wspomni o poddaniu się, ten śmiercią karanym będzie. —
Śmiercią — śmiercią — vivat!
Gdzie syn mój[216]?
W wieży północnej usiadł na progu starego więzienia i śpiewa proroctwa[217]. —
Najmocniej osadź basztę Eleonory — sam nie ruszaj się stamtąd i co kilka minut patrzaj lunetą na obóz buntowników. —
Warto by, tak mi Panie Boże dopomóż, dla zachęty rozdać naszym po szklance wódki. —
Jeśli potrzeba, każ otworzyć nawet piwnice naszych hrabiów i książąt. —
Całym wzrokiem oczu moich, całą nienawiścią serca obejmuję was, wrogi. — Teraz już nie marnym głosem, nie[218] mdłym natchnieniem będę walczył z wami, ale żelazem i ludźmi, którzy mnie się poddali. —
Jakże tu dobrze być panem, być władzcą[219] — choćby z łoża śmierci spoglądać na cudze wole, skupione naokoło siebie, i na was, przeciwników moich, zanurzonych w przepaści, krzyczących z jej głębi ku mnie, jak potępieni wołają ku niebu. —
Dni kilka jeszcze, a może mnie i tych wszystkich nędzarzy, co zapomnieli o wielkich ojcach swoich, nie będzie — ale bądź co bądź — dni kilka jeszcze pozostało — użyję ich rozkoszy mej kwoli[220] — panować będę — walczyć będę — żyć będę. — To moja pieśń ostatnia! —
Nad skałami zachodzi słońce w długiej, czarnej trumnie z wyziewów. — Krew promienista zewsząd leje się na dolinę. — Znaki wieszcze zgonu mojego, pozdrawiam was szczerszym, otwartszym sercem, niż kiedykolwiek wprzódy witałem obietnice wesela, ułudy, miłości. —
Bo nie podłą pracą, nie podstępem, nie przemysłem[221] doszedłem końca życzeń moich — ale nagle, znienacka, tak, jakom marzył zawżdy.
I teraz tu stoję na pograniczach snu wiecznego wodzem tych wszystkich, co mi wczoraj jeszcze równymi byli. —
Sto ludzi zostawić na szańcach — reszta niech odpocznie po tak długiej bitwie. —
Tak mi Panie Boże dopomóż! —
Zapewne słyszałeś wystrzały, odgłosy naszej wycieczki — ale bądź dobrej myśli, dziecię moje, nie przepadniemy jeszcze ni dzisiaj, ni jutro. —
Słyszałem, ale to nie tknęło mi serca — huk przeleciał i nie ma go więcej — co innego w dreszcz mnie wprawia, Ojcze.
Lękałeś się o mnie. —
Nie — bo wiem, że twoja godzina nie nadeszła jeszcze.
Sami jesteśmy — ciężar spadł mi z duszy na dzisiaj, — bo tam w dolinie leżą ciała pobitych wrogów. — Opowiedz mi wszystkie myśli twoje — będę ich słuchał, jak dawniej w domu naszym. —
Za mną, za mną, Ojcze — tam straszny sąd co noc się powtarza. —
Gdzie idziesz? — Kto ci pokazał to przejście? — Tam lochy wiecznie ciemne, tam gniją dawnych ofiar kości. —
Gdzie oko twoje, zwyczajne słońcu[222], nie dowidzi — tam duch mój stąpać umie. — Ciemności, idźcie do ciemności! —
Zejdź, błagam cię, zejdź do mnie. —
Czy nie słyszysz ich głosów, czy nie widzisz ich kształtów?
Milczenie grobów — a światło pochodni na kilka stóp tylko rozświeca przed nami.
Coraz już bliżej — coraz już widniej — idą spod ciasnych sklepień jeden po drugim i tam zasiadają w głębi.
W szaleństwie twoim potępienie moje — szalejesz, dziecię — i siły moje niszczysz, kiedy mi ich tyle potrzeba. —
Widzę duchem blade ich postacie, poważne, kupiące się na sąd straszny. — Oskarżony już nadchodzi i jako mgła płynie. —
Siłą nam daną — za męki nasze, my, niegdyś przykuci, smagani, dręczeni, żelazem rwani, trucizną pojeni, przywaleni cegłami i żwirem, dręczmy i sądźmy, sądźmy i potępiajmy[224] — a kary Szatan się podejmie. —
Co widzisz? —
Oskarżony — oskarżony — ot, załamał dłonie. —
Kto on jest? —
Ojcze — Ojcze!
Na tobie się kończy ród przeklęty — w tobie ostatnim[225] zebrał wszystkie siły swoje i wszystkie namiętności swe, i całą dumę swoją, by skonać. —
Za to, żeś nic nie kochał[226], nic nie czcił prócz siebie, prócz siebie i myśli twych, potępion jesteś — potępion na wieki. —
Nic dojrzeć nie mogę, a słyszę spod ziemi, nad ziemią, po bokach westchnienia i żale, wyroki i groźby. —
On teraz podniósł głowę, jako ty, Ojcze, kiedy się gniewasz — i odparł dumnym słowem, jako ty, Ojcze, kiedy pogardzasz. —
Daremno — daremno — ratunku nie ma dla niego ni na ziemi, ni w niebie.
Dni kilka jeszcze chwały ziemskiej, znikomej, której mnie i braci moich pozbawili naddziady twoje — a potem zaginiesz ty i bracia twoi — i pogrzeb wasz jest bez dzwonów żałoby — bez łkania przyjaciół i krewnych — jako nasz był kiedyś na tej samej skale boleści. —
Znam ja was, podłe duchy, marne ogniki, latające wśród ogromów anielskich. —
Ojcze, nie zapuszczaj się w głąb — na Chrystusa imię święte zaklinam cię, Ojcze. —
Powiedz, powiedz, kogo widzisz? —
To postać[227] —
Czyja?
To drugi ty jesteś — cały blady — spętany teraz męczą ciebie — słyszę jęki twoje[228] —
Przebacz mi, Ojcze — Matka pośród nocy przyszła i kazała…
Tego nie dostawało[229]. — Ha! dziecię własne przywiodło mnie do progu piekła! — Mario! — nieubłagany duchu — Boże! i Ty, druga Maryjo, do której modliłem się tyle! —
Tam poczyna się nieskończoność mąk i ciemności. — Nazad! — muszę jeszcze walczyć z ludźmi — potem wieczna walka. —
Za to, żeś nic nie kochał, nic nie czcił prócz siebie, prócz siebie i myśli twych, potępion jesteś — potępion na wieki. —
Nie — przez syna mego — przez żonę nieboszczkę moją, nie — jeszcze raz mówię — nie. —
Zlituj się — głód pali wnętrzności nasze i dzieci naszych — dniem i nocą strach nas pożera. —
Jeszcze pora — słuchaj posła — nie odsyłaj posła. —
Całe życie moje obywatelskim było i nie zważam na twoje wyrzuty, Henryku. — Jeślim się podjął urzędu poselskiego, który w tej chwili sprawuję, to że znam wiek mój i cenić umiem całą wartość jego. — Pankracy jest reprezentantem obywatelem, że tak rzekę…
Precz z oczu moich, stary. —
Przyprowadź tu oddział naszych. —
Zgubiłeś nas, Hrabio. —
Wypowiadamy ci posłuszeństwo. —
Sami ułożymy z tym zacnym obywatelem warunki poddania zamku. —
Wielki mąż, który mnie przysłał, obiecuje wam życie, bylebyście przyłączyli się do niego i uznali dążenie wieku. —
Uznajemy — uznajemy. —
Kiedyście mnie wezwali, przysiągłem zginąć na tych murach — dotrzymam i wy wszyscy zginiecie wraz ze mną. —
Ha! chce się wam żyć jeszcze! —
Ha! zapytajcie ojców waszych, po co gnębili i panowali! —
A ty czemu uciskałeś poddanych? —
A ty czemu przepędziłeś wiek młody na kartach i podróżach daleko od Ojczyzny? —
Ty się podliłeś wyższym, gardziłeś niższymi. —
Dlaczegóżeś dzieci nie wychowała sobie na obrońców — na rycerzy? — Teraz by ci się zdały na coś. — Aleś kochała Żydów, adwokatów[230] — proś ich o życie teraz. —
Czego się tak śpieszycie do hańby — co was tak nęci, by upodlić wasze ostatnie chwile? — Naprzód raczej ze mną, naprzód, Mości Panowie, tam gdzie kule i bagnety — nie tam gdzie szubienica i kat milczący, z powrozem w dłoni na szyje wasze. —
Dobrze mówi — na bagnety! —
Kawałka chleba już nie ma. —
Dzieci nasze, dzieci wasze! —
Poddać się trzeba — układy — układy! —
Obiecuję wam całość, że tak rzekę, nietykalność osób i ciał waszych. —
Święta osobo posła, idź skryć siwą głowę pod namioty przechrztów i szewców, bym ją krwią twoją własną nie zmazał. —
Na cel mi wziąć to czoło zorane zmarszczkami marnej nauki — na cel tę czapkę wolności, drżącą od tchnienia słów moich na tej głowie bez mózgu. —
Związać go — wydać Pankracemu! —
Chwila jeszcze, Mości Panowie! — Chodzi od jednego żołnierza do drugiego. Z tobą, zda mi się, wdzierałem się na góry za dzikim zwierzem — pamiętasz, wyrwałem cię z przepaści. —
Z wami rozbiłem się na skałach Dunaju — Hieronimie, Krzysztofie, byliście ze mną na Czarnym Morzu. —
Wam odbudowałem chaty zgorzałe. —
Wyście uciekli do mnie od złego pana. — A teraz mówcie — pójdziecie za mną czy zostawicie mnie samego, ze śmiechem na ustach, żem wpośród tylu ludzi jednego człowieka nie znalazł[232]? —
Niech żyje hr. Henryk — niech żyje! —
Rozdać im, co zostało wędliny i wódki — a potem na mury! —
Wódki — mięsa — a potem na mury! —
Idź z nimi, a za godzinę bądź gotów do walki. —
Tak mi Panie Boże dopomóż! —
Przeklinamy cię za niewiniątka nasze! —
Za ojców naszych. —
Za żony nasze. —
A ja was za podłość waszą. —
Nie ma rozkoszy, jak grać w niebezpieczeństwo i wygrywać zawżdy, a kiedy nadejdzie przegrać — to raz jeden tylko. —
Ostatnimi naszymi nabojami skropieni odstąpili, ale tam w dole się gromadzą i niedługo wrócą do szturmu — darmo, nikt losu przeznaczonego nie uszedł, od kiedy świat światem. —
Nie ma już więcej kartaczy? —
Ani kul, ani lotek[234], ani śrutu — wszystko się przebiera nareszcie. —
A więc syna mi przyprowadź, bym go raz jeszcze uściskał. —
Dym bitwy zamglił oczy moje — zda mi się, jakby dolina wzdymała się i opadała nazad — skały w sto kątów łamią się i krzyżują — dziwnym szykiem także ciągną myśli moje. —
Człowiekiem być nie warto — Aniołem nie warto. — Pierwszy z Archaniołów po kilku wiekach, tak jak my po kilku latach bytu, uczuł nudę w sercu swoim i zapragnął potężniejszych sił. — Trza być Bogiem lub nicością. —
Weź kilku naszych, obejdź sale zamkowe i pędź do murów wszystkich, co spotkasz. —
Bankierów i hrabiów, i książąt. —
Chodź, synu — połóż tu rękę swoją na dłoni mojej — czołem ust moich się dotknij — czoło matki twojej niegdyś było takiej samej bieli i miękkości. —
Słyszałem głos jej dzisiaj, nim zerwali się męże twoi do broni — słowa jej płynęły tak lekko jak wonie, i mówiła: „Dziś wieczorem zasiądziesz przy mnie”. —
Czy wspomniała choćby imię moje? —
Mówiła: „Dziś wieczorem czekam na syna mego”. —
U końca drogi czyż opadnie mnie siła? — Nie daj tego, Boże! — Za jedną chwilę odwagi masz mnie więźniem twoim przez wieczność całą. —
O synu, przebacz, żem ci dał życie — rozstajemy się — czy wiesz, na jak długo? —
Weź mnie i nie puszczaj — nie puszczaj — ja cię pociągnę za sobą. —
Różne drogi nasze — ty zapomnisz o mnie wśród chórów anielskich, ty kropli rosy nie rzucisz mi z góry[235]. — O Jerzy — Jerzy! — O synu mój! —
Co za krzyki! — Drżę cały — coraz groźniej — coraz bliżej — huk dział i strzelb się rozlega — godzina ostatnia, przepowiedziana, ciągnie ku nam. —
Śpieszaj, śpieszaj, Jakubie! —
Daliście odłamki broni i bić się każecie. —
Henryku, ulituj się! —
Nie gnaj nas słabych, zgłodniałych ku murom! —
Gdzie nas pędzą — gdzie?
Na śmierć. —
Tym uściskiem chciałbym się z tobą połączyć na wieki — ale trza mi w inszą stronę. —
Do mnie, do mnie duchu czysty — do mnie, synu mój! —
Hej! do mnie, ludzie moi! —
Klinga szklanna[236] jak wprzódy — oddech i życie uleciały razem. — Hej! tu — naprzód — już się wdarli na długość szabli mojej — nazad, w przepaść, syny wolności! —
Cóż ci jest, mój wierny, mój stary? —
Niech ci czart odpłaci w piekle upór twój i męki moje. — Tak mi Panie Boże dopomóż! —
Niepotrzebnyś mi dłużej — wyginęli moi, a tamci klęcząc wyciągają ramiona ku zwycięzcom i bełkocą o miłosierdzie! —
Nie nadchodzą jeszcze w tę stronę — jeszcze czas — odpocznijmy chwilę. — Ha! już się wdarli na wieżę północną — ludzie nowi się wdarli na wieżę północną — i patrzą, czy gdzie nie odkryją hrabiego Henryka. — Jestem tu — jestem — ale wy mnie sądzić nie będziecie. — Ja się już wybrałem w drogę — ja stąpam ku sądowi Boga. —
Widzę ją całą czarną, obszarami ciemności płynącą do mnie, wieczność moją bez brzegów, bez wysep, bez końca, a pośrodku jej Bóg, jak słońce, co się wiecznie pali — wiecznie jaśnieje[237] — a nic nie oświeca. —
Biegną, zobaczyli mnie — Jezus, Maryja! — Poezjo, bądź mi przeklęta[238], jako ja sam będę na wieki! — Ramiona, idźcie i przerzynajcie te wały!
Twoje imię? —
Krzysztof na Volsagunie. —
Ostatni raz go wymówiłeś — a twoje?
Władysław, pan Czarnolasu. —
Ostatni raz go wymówiłeś — a twoje?
Aleksander z Godalberg. —
Wymazane spośród żyjących — idź! —
Dwa miesiące nas trzymali, a nędzny rząd armat i lada jakie parapety[240]. —
Czy dużo ich tam jeszcze? —
Oddaję ci wszystkich — niech ich krew płynie dla przykładu świata — a kto z was mi powie, gdzie Henryk, temu daruję życie. —
Zniknął przy samym końcu. —
Staję teraz jako pośrednik między tobą a niewolnikami twoimi — tymi przezacnego rodu obywatelami, którzy, wielki człowiecze, klucze zamku Św. Trójcy złożyli w ręce twoje.
Pośredników nie znam tam, gdzie zwyciężyłem siłą własną. — Sam dopilnujesz ich śmierci. —
Całe życie moje obywatelskim było, czego są dowody niemałe, a jeślim się połączył z wami, to nie na to, bym własnych braci szlachtę…
Wziąść starego doktrynera[241] — precz; w jedną drogę z nimi! —
Gdzie Henryk? — czy kto z was nie widział go żywym lub umarłym? — Wór pełny złota za Henryka — choćby za trupa[242] jego! —
A wy nie widzieliście Henryka? —
Obywatelu wodzu, udałem się za rozkazem generała Bianchetti ku stronie zachodniej szańców, zaraz na początku wejścia naszego do fortecy, i na trzecim zakręcie bastionu ujrzałem człowieka rannego i stojącego bez broni przy ciele drugiego. — Kazałem podwoić kroku, by schwytać — ale nim zdążyliśmy, ów człowiek zeszedł trochę niżej, stanął na głazie chwiejącym się i patrzał chwilę obłąkanym wzrokiem — potem wyciągnął ręce jak pływacz[243], który ma dać nurka, i pchnął się z całej siły naprzód — słyszeliśmy wszyscy odgłos ciała spadającego po urwiskach — a oto szabla, znaleziona kilka kroków dalej. —
Ślady krwi na rękojeści — poniżej herb jego domu. —
To pałasz hrabiego Henryka — on jeden spośród was dotrzymał słowa. — Za to chwała jemu, giliotyna wam. —
Generale Bianchetti, zatrudnij się zburzeniem warowni i dopełnieniem wyroku. —
Leonardzie! —
Po tylu nocach bezsennych powinien byś odpocząć, mistrzu — znać strudzenie na rysach twoich. —
Nie czas mi jeszcze zasnąć, dziecię, bo dopiero połowa pracy dojdzie końca swojego z ich ostatnim westchnieniem. — Patrz na te obszary — na te ogromy, które stoją w poprzek między mną a myślą moją — trza zaludnić te puszcze — przedrążyć te skały — połączyć te jeziora — wydzielić grunt każdemu, by we dwójnasób tyle życia się urodziło na tych równinach, ile śmierci teraz na nich leży. — Inaczej dzieło zniszczenia odkupionym nie jest[244]. —
Bóg Wolności sił nam podda. —
Co mówisz o Bogu — ślisko tu od krwi ludzkiej. — Czyjaż to krew? — Za nami dziedzińce zamkowe — sami jesteśmy, a zda mi się, jakoby tu był ktoś trzeci. —
Chyba to ciało przebite. —
Ciało jego powiernika — ciało martwe — ale tu duch czyjś panuje — a ta czapka — ten sam herb na niej — dalej, patrz, kamień wystający nad przepaścią — na tym miejscu serce jego pękło. —
Bledniesz[245], mistrzu. —
Czy widzisz tam wysoko — wysoko? —
Nad ostrym szczytem widzę chmurę pochyłą, na której dogasają promienie słońca. —
Znak straszny pali się na niej. —
Chyba cię myli wzrok[246]. —
Milion ludu słuchało mnie przed chwilą — gdzie jest lud mój? —
Słyszysz ich okrzyki — wołają ciebie — czekają na ciebie. —
Plotły kobiety i dzieci, że się tak zjawić ma, lecz dopiero w ostatni dzień[247]. —
Kto? —
Jak słup śnieżnej jasności, stoi ponad przepaściami — oburącz wspart na krzyżu, jak na szabli mściciel. — Ze splecionych piorunów korona cierniowa.
Co się z tobą dzieje? co tobie jest? —
Od błyskawicy tego wzroku chyba mrze, kto żyw. —
Coraz to bardziej rumieniec zbiega ci z twarzy — chodźmy stąd — chodźmy — czy słyszysz mnie? —
Połóż mi dłonie na oczach — zadław mi pięściami źrenice — oddziel mnie od tego spojrzenia, co mnie rozkłada w proch. —
Czy dobrze tak? —
Nędzne ręce twe — jak u ducha bez kości i mięsa — przejrzyste jak woda — przejrzyste jak szkło — przejrzyste jak powietrze. — Widzę wciąż! —
Oprzyj się na mnie. —
Daj mi choć odrobinę ciemności! —
O mistrzu mój! —
Ciemności — ciemności! —
Hej! obywatele — hej! bracia — demokraty, na pomoc! — Hej! ratunku — pomocy — ratunku! —
Galilaee, vicisti![248]