50 min zostało
Wróć do opracowania
  • Jan Kochanowski
  • ~50 min czytania
  • 438 akapitów

Pieśni

[Pieśni - Dedykacja]

Nikomu, albo raczej wszytkim, swoje księgi Daję. By kto nie mniemał (strach to bowiem tęgi), Że za to trzeba co dać. Wszyscy darmo miejcie. O drukarza nie mówię, z tym sie zrozumiejcie.

[Pieśni - nota edytorska]

Tekst Pieśni został tu podany według pierwodruku, który ukazał się w roku 1586 w Drukarni Łazarzowej w Krakowie pt. Pieśni Jana Kochanowskiego księgi dwoje. Egzemplarz Biblioteki Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu (sygn. XVI Qu. 2036) został starannie przedrukowany przez Władysława Floryana (1953, 2. wyd. 1981).

Nie zamieszczono w niniejszej edycji dwu utworów: O śmierci Jana Tarnowskiego i Pamiątka Janowi Baptyście… Znajdują się one wprawdzie w pierwodruku Pieśni, ale pod względem gatunkowym, jako epicedia, stanowią zupełnie odrębne zjawisko. Zamieszczono natomiast pieśni nie włączone do zbioru „ksiąg dwojga”, ale opublikowane pośmiertnie w osobnej edycji zatytułowanej Fragmenta albo pozostałe pisma, wydanej w tejże Drukarni Łazarzowej w roku 1590 (ta edycja jest podstawą przedruku; korzystałem z egzemplarza Biblioteki Czartoryskich w Krakowie, sygn. 2029 I).

Tekst został przygotowany zasadniczo zgodnie z kryteriami zawartymi w opracowaniu Zasady wydawania tekstów staropolskich. Projekt (Wrocław 1955) — typ B (edycje popularnonaukowe). Zachowano jednak pewne cechy językowe, których nie uwzględnia się w edycjach popularnonaukowych, zwłaszcza dawne końcówki fleksyjne i większość dawnych form ortograficznych (np. w zakresie pisowni „u”/„ó”) oraz wariantowe zapisy niektórych wyrazów („sie”/„się”), ujednolicono jednak zgodnie z pisownią dzisiejszą niektóre formy ortograficzne używane w pierwodruku zamiennie (np. „pułnocny”/„północny”). Nie zachowano „a” pochylonego, „e” pochylone zachowano jedynie w miejscach rymowych, a „o” pochylone tylko w przypadkach zgodnych z pisownią dzisiejszą.

Podstawową zasadą była jak największa wierność wobec pierwodruku, również w zakresie interpunkcji, która stanowi jeden z najtrudniejszych i do dziś nie rozwiązanych problemów edytorskich literatury staropolskiej. Trudno tu o rozwiązanie możliwe do przyjęcia przez wszystkich ze względu na zasadnicze różnice między dawnym systemem retoryczno-intonacyjnym i obecnym systemem logiczno-syntaktycznym, a także ze względu na niekonsekwencje zapisu w dawnych drukach.

Ponadto w niniejszej edycji zastosowano współczesne zasady pisowni małych i wielkich liter. Wielkimi literami zapisywano też rzeczowniki oznaczające upersonifikowane pojęcia (np. Fortuna, Szczęście).

W związku z powyższym edycja utworu nie opiera się w całości na żadnym z wydań współczesnych, choć przede wszystkim uwzględniono pewne rozstrzygnięcia zawarte w najnowszej edycji krytycznej Pieśni, opracowanej w ramach sejmowego wydania Dzieł wszystkich Kochanowskiego przez Marię Renatę Mayenową i Krystynę Wilczewską oraz Barbarę Otwinowską i Marię Cytowską (1991). Wykorzystano cenny Aneks I: Zmiany tekstowe w wydaniach i rękopisach „Pieśni”. Nieliczne koniektury i emendacje wprowadzone przez Autorki tej edycji przyjęto bez zastrzeżeń i ze względu na charakter niniejszego wydania nie zaznaczono ich ani w tekście, ani w przypisach. Wydanie to nie obejmuje jednak pieśni zawartych we Fragmentach (osobna edycja Fragmentów w ramach wydania sejmowego jeszcze się nie ukazała). Za edycjami Krzyżanowskiego i Ślękowej przyjęto więc — też nie zaznaczając tego osobno — kilka drobnych emendacji w tekście pieśni z Fragmentów, trzymając się jednak wiernie przekazu zawartego w pierwodruku.

Przy opracowywaniu tekstów zostały wzięte pod uwagę także ustalenia edytorskie zawarte w wydaniach przygotowanych dla serii Biblioteki Narodowej przez Tadeusza Sinkę (1927, 1948) i Ludwikę Ślękową (1970, 1997) oraz w edycji Poezji Jana Kochanowskiego opracowanej przez Janusza Pelca (wyd. 2, 1988) i w edycji Dzieł polskich opracowanej przez Juliana Krzyżanowskiego (wyd. 9, 1978).

Zgodnie z praktyką stosowaną przez niektórych dotychczasowych wydawców (Julian Krzyżanowski, Janusz Pelc) wyodrębniono graficznie poszczególne strofy pieśni, uznając, że taki tradycyjny zapis oddaje intencje zawarte w zapisie znanym z pierwodruku, a równocześnie jest czytelny i uzasadniony w wydaniu przeznaczonym dla szerokiego kręgu odbiorców.

Autorom wszystkich wymienionych edycji, a zwłaszcza Autorkom wydania sejmowego, niniejsza edycja wiele zawdzięcza również w zakresie opracowania komentarza, który jednak różni się w wielu miejscach od komentarzy do edycji wcześniejszych. Głównym celem było umożliwienie współczesnemu czytelnikowi — nie obeznanemu w ogóle z dawną polszczyzną — zrozumienia tekstu. Objaśnienia są więc praktyczne, zwięzłe i nie odwołują się do problematyki historycznojęzykowej. W celu ustrzeżenia czytelnika przed mylnymi interpretacjami tekstu szczególną uwagę zwrócono na wyrazy, które są używane do dziś, ale których znaczenie w Pieśniach jest odmienne od znaczenia obecnego.

Przy tworzeniu komentarza pomocne były także podstawowe słowniki, a zwłaszcza Słownik polszczyzny XVI wieku, Słownik języka polskiego pod red. Witolda Doroszewskiego oraz Słownik języka polskiego Samuela Bogumiła Lindego, a także słowniki mitologiczne, zwłaszcza Słownik mitologii greckiej i rzymskiej Pierre’a Grimala.

prof. dr hab. Piotr Wilczek, Uniwersytet Warszawski, Instytut Badań Interdyscyplinarnych „Artes liberales”

Księgi pierwsze

Pieśń I (Byś wszystko złoto posiadł, które - powiadają...)

Byś wszystko złoto posiadł, które — powiadają — Gdzieś daleko gryfowie i mrówki kopają; Byś pałace rozwodził nie tylko na ziemi, Lecz i morza kamieńmi zabudował swemi;

Jesli dyjamentowe goździe Mus ma w ręku, Któremi natwardszego umie pożyć sęku, Ani ty wyswobodzisz serca z ciężkiej trwogi, Ani z okrutnej śmierci sideł wyrwiesz nogi.

Lepiej polnych Tatarów dawny zwyczaj niesie, U których każdy swój dom wozi na kolesie; Lepszego rządu Gete grubi używają, Gdzie niwy nie mierzone wolne zboża dają.

Tam niewinna macocha dziatek pierwszej żony, Sirót nędznych, przestrzega wczasu z każdej strony; Ani z wielkim posagiem męża rządzi, ani Nadzieje kładzie w gładkim miłosniku pani.

Wielki posag rodziców postępki uczciwe, A k temu obyczaje skromne i wstydliwe; Występnych tam nie cierpią, lecz kto będzie krzywy, Niech sie wierci, jako chce, nie zostanie żywy.

O, ktokolwiek będzie chciał mordy niecnotliwe I domowe okrócić najazdy krwie chciwe, Jesli pragnie ojczyzny ojcem być nazwany I tymże na wysokich kolumnach pisany,

Niech objeździć swą wolą śmie nieokróconą, A jego sprawy przyszłe wieki więc wspomioną; Ponieważ cnocie żywej my źli, nie życzemy, Aż gdy nam z oczu zniknie, toż jej żałujemy.

Co po tych skargach próznych, jesli na występy Przez spary — jako mówią — patrza urząd tępy? Po co statut i prawa chwalebne stawiamy, Jesli sie obyczajów dobrych nie trzymamy?

Nie odstraszą zbytecznym ogniem zarażone Kupca kraje chciwego ani przesadzone Mrozem gwałtownym pola; żeglarze bywali Wszystek świat, jako wielki, kołem objechali.

Ubóstwo, hańba wielka, każe człowiekowi Czynić i cierpieć wszystko; już on i wstydowi Mir dawno wypowiedział, i cnocie, niedbały, Poświęconej nie myśli dostępować skały.

Albo my do spólnego skarbu, gdzie życzliwa Ludzka pochwała i głos pospolity wzywa, Albo w morze, przyczynę wszech nieszczęśliwości, Perły, złoto i wielkiej kamienie drogości

Zarzućmy, jesli grzechów żałujem statecznie I nieprawości swoich. Potrzeba kóniecznie Złej napierwsze początki żądze wykorzenić, A dziełem pracowitszym pieszczotę odmienić.

Nie umie syn szlachecki na koń wsieść i w łowy Na dziki źwierz z oszczepem jachać niegotowy, Lepiej kufla świadomy albo kart pisanych, Każesz li dać, i kostek, prawem zakazanych.

Więc ojciec krzywo przysiągł, wydarł sąsiadowi, Gotując niegodnemu spadek potomkowi: I przybywa-ć mu rzkomo, ale nie wiem czemu, Zawżdy na czymści schodzi państwu niesporemu.

Pieśń II (Serce roście patrząc na te czasy!)

Serce roście patrząc na te czasy! Mało przed tym gołe były lasy, Śnieg na ziemi wysszej łokcia leżał, A po rzekach wóz nacięższy zbieżał.

Teraz drzewa liście na sie wzięły, Polne łąki pięknie zakwitnęły; Lody zeszły, a po czystej wodzie Idą statki i ciosane łodzie.

Teraz prawie świat sie wszystek śmieje, Zboża wstały, wiatr zachodny wieje; Ptacy sobie gniazda omyślają, A przede dniem śpiewać poczynają.

Ale to grunt wesela prawego, Kiedy człowiek sumnienia całego Ani czuje w sercu żadnej wady, Przecz by sie miał wstydać swojej rady.

Temu wina nie trzeba przylewać Ani grać na lutni, ani śpiewać; Będzie wesół, byś chciał, i o wodzie, Bo sie czuje prawie na swobodzie.

Ale kogo gryzie mól zakryty, Nie idzie mu w smak obiad obfity; Żadna go pieśń, żadny głos nie ruszy, Wszystko idzie na wiatr mimo uszy.

Dobra myśli, której nie przywabi, Choć kto ściany drogo ujedwabi, Nie gardź moim chłodnikiem chróścianym, A bądź ze mną, z trzeźwym i z pijanym!

Pieśń III (Dzbanie mój pisany...)

Dzbanie mój pisany, Dzbanie polewany, Bądź płacz, bądź żarty, bądź gorące wojny, Bądź miłość niesiesz albo sen spokojny,

Jakokolwiek zwano Wino, co w cię lano, Przymkni sie do nas a daj sie nachylić, Chciałbym twym darem gości swych posilić.

I ten cię nie minie, Choć kto mądrym słynie; Pijali przedtym i filozofowie, A przedsię mieli spełna rozum w głowie.

Ty zmiękczysz każdego, Nastateczniejszego; Ty mądrych sprawy i tajemną radę Na świat wydawasz przez twą cichą zdradę.

Ty cieszysz nadzieją Serca, które mdleją; Ty ubogiemu przyprawujesz rogi, Że mu ani król, ani hetman srogi.

Trzymaj sie na mocy, Bo cię całej nocy Z rąk nie wypuścim, aż dzień, jako trzeba, Gwiazdy rozpędzi co do jednej z nieba.

Pieśń IV (Złota to strzała i krom wszego jadu była...)

Złota to strzała i krom wszego jadu była, Którą mię niepochybna Miłość ugodziła. Bo ja w swym miłowaniu troski nie najduję, Owszem, radość na sercu niewymowną czuję.

Nie to niewola służyć, ale służyć temu, Kto twych posług niewdzięczen, to sie nawiętszemu Nieszczęściu równa; tobie dzięka bądź, Miłości, Iżeś mię uchowała takowej żałości.

Ma to twarz twoja, panno wszech piękniejsza, w sobie, Że człowiek rad i nierad musi służyć tobie. Ale to zaś niosą twe święte obyczaje, Że, by kto mógł być wolen, raczej ci sie daje.

Chciałbym tak być szczęśliwy i życzyłbym sobie, Abych już tę na wieki łaskę znał po tobie; A bodaj ta wdzięczna twarz odmiany nie znała, Byś dobrze i Sybillę laty przerównała.

Pieśń IX (Chcemy sobie być radzi?)

Chcemy sobie być radzi? Rozkaż, panie, czeladzi, Niechaj na stół dobrego wina przynaszają, A przy tym w złote gęśli albo w lutnią grają.

Kto tak mądry, że zgadnie, Co nań jutro przypadnie? Sam Bóg wie przyszłe rzeczy, a śmieje sie z nieba, Kiedy sie człowiek troszcze więcej, niżli trzeba.

Szafuj gotowym bacznie; Ostatek, jako zacznie, Tak Fortuna niech kona: raczy li łaskawie, Raczy li też inaczej; my siedziem w jej prawie.

U Fortuny to snadnie, Że kto stojąc upadnie; A który był dopiero u niej pod nogami, Patrzajże go po chwili, a on gardzi nami.

Wszystko sie dziwnie plecie Na tym tu biednym świecie; A kto by chciał rozumem wszystkiego dochodzić, I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić.

Prózno ma mieć na pieczy Śmiertelny wieczne rzeczy; Dosyć na tym, kiedy wie, że go to nie minie, Co z przejźrzenia Pańskiego od wieku mu płynie.

A nigdy nie zabłądzi, Kto tak umysł narządzi, Jakoby umiał szczęście i nieszczęście znosić, Temu mężnie wytrzymać, w owym sie nie wznosić.

Chwalę szczęście stateczne; Nie chce li też być wieczne, Spuszczę, com wziął, a w cnotę własną sie ogarnę I uczciwej chudoby bez posagu pragnę.

Nie umiem ja, gdy w żagle Uderzą wiatry nagle, Krzyżem padać i świętych przenajdować dary, Aby łakomej wodzie tureckie towary

Bogactwa nie przydały Wpadwszy gdzie między skały; Tam ja bezpiecznym sercem i pełen otuchy W równej fuście popłynę przez morskie rozruchy.

Pieśń V (Kto ma swego chleba...)

Kto ma swego chleba, Ile człeku trzeba, Może nic nie dbać o wielkie dochody, O wsi, o miasta i wysokie grody.

To pan, zdaniem moim, Kto przestał na swoim; Kto więcej szuka, jawnie to znać daje Sam na sie, że mu jeszcze nie dostaje.

Siła posiadł włości, Kto ujął chciwości; Trudniej to przyjdzie niż Turki zhołdować Albo waleczne Tatary wojować.

Mocą wiele świata Wziął za krótkie lata Król macedoński, lecz mu sie tak zdało, Że nań samego świat był jeden mało.

Cóż pomoże zbroja Albo władza twoja? Serca nie zleczą żadne złotogłowy, Żadny skarb troski nie wybije z głowy.

Więc śmierć nieużyta Ta za gardło chwyta Bogate pany jako proste sługi, Ani zborguje, byś wyciągnął długi.

Lecz przedsię człowiecza Wszystka o tym piecza, Aby ku złotu złota przybywało; Bo, by nawięcej, łakomemu mało.

Wszystko to zostanie Po twej śmierci, panie; A coś ty zebrał przez ten czas łakomie, To sie zostoi, nie wiem w czyim domie.

Sklep ten niedobyty Puści prędko nity; A winem, co sie ty frasujesz o nie, Będzie zamaczał potomek twój konie.

Pieśń VI (Acz mię twa droga, miła, barzo boli...)

Acz mię twa droga, miła, barzo boli, Nie chcę cię trzymać przeciw twojej woli; Z mej strony bodaj wszystko dobre miała, Kędy sie kolwiek będziesz obracała.

Lecz sama widzisz, jakie wiatry wstają, Jakie po niebie chmury sie mieszają. Ja wiem, co umie morze i szalony Wicher, na wody słone uniesiony.

Niech żony srogich pohańców i dzieci Doświadczą, jakim pędem wicher leci Morze mieszając: huczą srogie wały, A brzeżne w gruncie wzdrygają sie skały.

Takci sie biednej Europie dostało, Jeno że wołu chciała przysieść mało, Bo sie z nienagła przymknął z nią ku wodzie, Potym jak płynie, tak płynie bez łodzie.

A ta dopiero zlękła sie nieboga, Gdzie pojźrzy, zewsząd morze, zewsząd trwoga; Brzegu nie widać, przewoźnik niepewny, Strach serce ujął, a w oczu płacz rzewny.

A gdy do sławnej Krety przypłynęła, Z wielkiej tesknice włosy targać jęła, Skarżąc sie z płaczem: «Ojcze mój łaskawy, Któregom zbyła prze me głupie sprawy.

Com ja tu miała czynić w tej krainie? Mało jest jedna śmierć panieńskiej winie. Ale na jawiż płaczę swej lekkości? Czy mię pokusa łudzi krom winności,

Która przez wrota kościane wychodzi, A na człowieka sny dziwne przywodzi? Lepiej li było przez morze sie pławić Czy nad polnemi kwiatkami sie bawić?

By mi sie teraz dostał jako w ręce On wół bezecny, byłby w takiej męce, Żeby mu ze łba musiały spaść rogi, Chociaż był u mnie niedawno tak drogi.

Nie miałam wstydu, dom swój opuszczając, I teraz nie mam, śmierci odkładając; Boże mój, jesli słyszysz prośbę moję, Niechaj dziś nago w pośrzodku lwów stoję.

Pierwej niż pleśnią piękna twarz przypadnie I zupełnemu ciału krasa spadnie, Niechaj mię wilcy pożrą w tej gładkości, A po pustyniach rozniosą me kości»

Nikczemna dziewko — ojciec ci przyciska — Czemu nie umrzesz? Strzyma cię ta niska Jedlina i pas zaniesiony w cale; A jeslić milsza śmierć na ostrej skale,

Daj sie w moc wiatrom a skocz z góry śmiele, Niżbyś wolała siedzieć u kądziele, Królewska dziewka, i być w ręce dana Srogiej pogance, winna bywszy pana.

Pieśń VII (Trudna rada w tej mierze, przyjdzie sie rozjechać...)

Trudna rada w tej mierze, przyjdzie sie rozjechać, A przez ten czas wesela i lutnie zaniechać. Wszystka moja dobra myśl z tobą precz odchodzi, A z tego mię więzienia nikt nie wyswobodzi, Dokąd cię zaś nie ujźrzę, pani wszech piękniejsza, Co ich kolwiek przyniosła chwila terazniejsza.

Już mi z myśli wypadły te obecne twarzy; Twoje nadobne lice jest podobne zarzy, Która nad wielkim morzem rano sie czerwieni, A z nienagła ciemności nocne w światłość mieni; Przed nią gwiazdy drobniejsze po jednej znikają I tak już przyszłej nocy nieznacznie czekają.

Takaś ty w oczu moich; szczęśliwa to droga, Po której chodzić będzie tak udatna noga; Zajźrzę wam, gęste lasy i wysokie skały, Że przede mną będziecie taką rozkosz miały: Usłyszycie wdzięczny głos i przyjemne słowa, Po których sobie teskni biedna moja głowa.

Lubeż moje wesele, lubeż me biesiady! Mnie podobno już prózno szukać inszej rady, Jeno smutnego serca podpierać nadzieją; W nadzieję ludzie orzą i w nadzieję sieją. A ty tak srogą nie bądź ani mię tym karzy, Bych długo nie miał widzieć twojej pięknej twarzy.

Pieśń VIII (Gdzieśkolwiek jest, Bożeć pośli dobrą godzinę...)

Gdzieśkolwiek jest, Bożeć pośli dobrą godzinę; Jaciem twój był jako żywo, i twoim zginę. Tak to Bóg przejźrzał od wieku; a nie żałuję, Bo w tobie więcej niż we stu inszych najduję.

Nie tylkoś nad insze gładszą sie urodziła, Aleś i zwyczajmi twarzy nic nie zelżyła; A jako wdzięcznie szmarakiem złoto sie dwoi, Tak tej szlachetnej duszy w tym ciele przystoi.

Szczęśliwy ja człowiek, bych mógł tak użyć tego, Jakobych sie nie omylił, co jest lepszego; Lecz jako na błędnym morzu, nie tam, gdzie chcemy, Ale gdzie nas wiatry niosą, płynąć musiemy.

Jednak albo miłość zmyśla sny sama sobie, Albo i ty nie chcesz, bych miał zwętpić o tobie. Ta nadzieja świat mi słodzi; a bych inaczej Doznać miał (uchowaj, Panie), umarłbym raczej.

Pieśń X (Kto mi dał skrzydła, kto mię odział pióry...)

Kto mi dał skrzydła, kto mię odział pióry I tak wysoko postawił, że z góry Wszystek świat widzę, a sam, jako trzeba, Tykam sie nieba?

To li jest ogień on nieugaszony Złotego słońca, które, nieskończony Bieg bieżąc, wrotne od początku świata Prowadzi lata?

To li jest on krąg odmiennej światłości, Wódz gwiazd roźlicznych i sprawca żyzności? Słyszę głos wdzięczny; prze Bóg, a na jawi, Czy mię sen bawi?

Tu, widzę, ani ciemne mgły dochodzą, Ani śnieg, ani zimne grady szkodzą; Wieczna pogoda, dzień na wszystki strony Trwa nieskończony.

Godne pałace Twojej wielmożności, Panie, a jakiej cnota dostojności, Widzę na oko, bowiem wedle Ciebie Ma miejsce w niebie.

Kto by cię nie znał, Lechu Słowianinie, Któryś napierwej zasiadł w tej krainie I opanował męstwem swoim mocne Brzegi północne?

Kroka patrz, jako siedząc tak wysoko, Przedsię ku miastu swemu skłania oko; Wandę wydawa ubiór, bo z postawy Zda sie mąż prawy.

Tu i fortelny Przemysł jest wniesiony, I ten, co dostał trefunkiem korony, Doźrzawszy zdrady, gdzie koń prędkonogi Biegł zawód drogi.

Bóg fałszu nie chce; a jako miłuje Sprawiedliwego, Piast i dziś to czuje, Bo mieszka w niebie, a jego cne plemię Rządziło zięmię.

Zemowit stoi wedla ojca prawie, Z drugimi równo: ty wysszej, Miecławie, Którego sprawą chrześcijański zakon Podan Polakom.

Tuż po nim widzę mężne Bolesławy, Prze których dzielność i stateczne sprawy Polska szeroko swych granic pomknęła I serce wzięła.

W tejże jest liczbie on zakonnik święty, Z cięniów klasztornych na królestwo wzięty. Są dwa Leszczkowie; jest król wzrostem mały, Ale mąż śmiały.

Widzę Jagiełła i dwu Kazimierzu Dobrych tak w boju, jako i w przymierzu; Widzę i ciebie, gwiaździe równym prawie, Cny Władysławie.

Tu też jest Olbracht; król serca wielkiego; Tuż z Aleksandrem Sygmunt, za którego Polska zakwitła, a po długim boju Wytchła w pokoju.

Szlachetne dusze, które swej dzielności Macie zapłatę niebieskie radości, Życzcie ojczyźnie, aby wam rodziła Podobnych siła.

A ten, co po was dziś państwo sprawuje, Niechaj fortunnie i zdrów nam panuje; A zwierzonego nie wzdawa opieku, Aż pełen wieku!

Pieśń XI (Stronisz przede mną, Neto nie tykana...)

Stronisz przede mną, Neto nie tykana, By więc sarneczka, kiedy obłąkana Macierze szuka po górach ustronnych, Nie bez bojaźni i postrachów płonnych.

Bo by sie namniej na drzewie wzjeżyły Powiewne listki, by namniej ruszyły Jaszczórki krzakiem, ta sie dusza zlęknie, Aż od bojaźni na ziemi przyklęknie.

Lecz ja nie jako niedźwiedź albo mściwa Myślę cię drapać lwica popędliwa; Przestań też kiedy za macierzą chodzić, Już się ty możesz mężowi przygodzić.

Pieśń XII (Muszę wyznać, bo sie już nie masz na co chować...)

Muszę wyznać, bo sie już nie masz na co chować: Nigdy bych był nie wierzył, bych tak miał żałować, Tego zwłaszcza, co nigdy mym własnym nie było; Po prawdzie mi nieprawie źle serce tuszyło.

Aleciem barzo nagle wypadł z tej nadzieje, A mojej sie przygodzie nieprzyjaciel śmieje. Kto drugi ma bez prace, o co snadź dbał mało, A mnie za me staranie złe szczęście potkało.

Samem swą własną ręką tę winnicę grodził, Aby jej był ani źwierz, ani zły ptak szkodził; Polewałem, żeby jej słońce nie suszyło, Nakrywałem, żeby jej zimno nie mroziło.

A kiedy mię nalepsze miały potkać gody, Nie wiem, co za zły człowiek oberwał jagody. I używa z rozkoszą, czego dostał snadnie, A mnie, patrząc, jeno sie serce nie rozpadnie.

Bodajże nie przechował; a bodaj poleżał! Nie wiem, jako mię do gron tak pięknych ubieżał. Ja sobie tak dobrych lat doczekać nie tuszę; Podobno jako niedźwiedź łapę lizać muszę.

Pieśń XIII (O piękna nocy nad zwyczaj tych czasów...)

O piękna nocy nad zwyczaj tych czasów, Patrz na nas jasno wpośrzód tych tu lasów, Gdzie jako pszczoły wkoło swego pana Straż dzierżem niecąc ognie aż do rana.

Bodaj szczęśliwie tę drogę odprawił I wszystko wedle myśli swojej sprawił Pan świętobliwy, któremu nie miała Polska w dobroci równia, jako wstała.

I już nam ma być ten pohaniec srogi, Który niedawno padał nam pod nogi Kiedy Starodub, z gruntu wysadzony, Pod miecz okrutny lud wydał zwierzony?

Albo gdy pycha nie mogła pokorze Wytrzymać stusu, a w głębokie morze Krwawy Niepr płynął miecąc na ostrowy Moskiewskie łupy i pobite głowy?

Prze Bóg, tychżesmy ojców dzieci? czyli W tak krótkim wiekusmy sie wyrodzili? Święty pokoju, tę masz wadę w sobie, Że ludzie radzi zgnuśnieją przy tobie!

Więcej ci śrebra i złota dziś mamy, Więcej półmisków na stoły dawamy; Co po tym? Kiedy siedziem jak na ledzie, A granic na nas lada kto ujedzie.

Pieśń XIV (Patrzaj, jako śnieg po górach sie bieli...)

Patrzaj, jako śnieg po górach sie bieli, Wiatry z pułnocy wstają, Jeziora sie ścinają, Żorawie, czując zimę, precz lecieli.

Nam nie lza, jedno patrzać też swej rzeczy: Niechaj drew do komina, Na stół przynoszą wina, Ostatek niechaj Bóg ma na swej pieczy.

Przypadków dalszych żaden z nas nie zgadnie; I prózno myślić o tym, Co z nami będzie potym; W godzinie wszystko Bóg wywróci snadnie.

Krótki wiek długiej nadzieje nie lubi. Niechaj nie schodzi cało, Coć sie do rąk dostało; Za to, co ma być, żaden ci nie ślubi.

Jeleniom nowe rogi wyrastają; Nam, gdy raz młodość minie, Już na wiek wiekóm ginie, A zawżdy gorsze lata przypadają.

Pieśń XIX (Żal mi cię, niebogo...)

Żal mi cię, niebogo, Że nie masz nikogo, Co by cię przestrzegł; słuchaj ale mało, A potym uczyń, coć sie będzie zdało.

Bodaj sie przepadło To twoje źwierciadło: Bo tobą szali, a ty sie nie czujesz, Dawno sie nie swej twarzy przypatrujesz.

Popatrz miedzy szoty prawdziwszej roboty: Ujźrzysz tam i płeć chropawą, i zęby Nieprawie białe, jeno uchyl gęby.

Więc i lat tak snadnie Mamka-ć nie ukradnie; Bo łacno zliczysz pod oczyma karby, Tego nie zetrą i weneckie farby.

Aż sie za cię wstydzę, Gdy cię w tańcu widzę. Ano wiem, czemuś mi sie nie udała: Prosto jakobyś młodym przyganiała.

Takżeć i te stroje Jakoby nie twoje; Tyś sie ubrała prawie wedle świata, A to za krzywdę biorą twoje lata.

Nie przeciw sie Zosi, Bo tę miłość nosi, Że musi skakać jako sarna w lesie; A nie sromota, co komu czas niesie.

Tobie na twe lata Czas poprzestać świata; Cudniej ci będzie prząść kądziel niż w wieńcu Siedzieć za stołem, babie przy młodzieńcu.

Pieśń XV (Nie za staraniem ani prze mą sprawę...)

Nie za staraniem ani prze mą sprawę, Miła, po tobie znam taką postawę; Szukaj, jako chcesz, nie najdziesz przyczyny, Chyba żeć milszy podobno kto iny.

A ja co mam rzec? Nie chcę sie przeciwić; Temu sie jedno nie mogę wydziwić, Skąd tę niestałość białegłowy mają, Że sie jako wiatr letni odmieniają.

Niedawne czasy, gdy mię poczytano W liczbę fortunnych i za tego miano, Który mógł wszystko otrzymać u ciebie, A mnie sie zdało, żem był wszystek w niebie.

Dziś inne wiatry przeciwko mnie wieją, Straciłem wszystko zaraz i z nadzieją; Nie wiem, co mię za wiedźma osypała I lichem zdradnych słów uczarowała.

Niech ci sie, miła, wszystko dobre wodzi, Z kimkolwiek przestać twoje serce godzi; Ale rozeznać umiej przyjaciela, A trudno naleźć masz jednego z wiela.

Nie dufaj temu, kto gładkość miłuje, Bo ten na słabym gruncie sie buduje: Słońce jednako i padnie, i wschodzi, Nam zawżdy z laty cokolwiek odchodzi.

A gdy czas przyjdzie ostatniej potrzebie, Ledwe sie najdzie, kto ciało pogrzebie. Takiem ja chcę być przyjacielem tobie; Lecz wolę, że ty płaczesz na mym grobie.

Pieśń XVI (Królom moc na poddane i zwierzchność dana...)

Królom moc na poddane i zwierzchność dana, A królowie zaś mają nad sobą Pana, Który wszystkiemu światu sam rozkazuje, Na ziemi i na niebie wiecznie króluje.

Nie wszyscy z jednym szczęściem na świat sie rodzą: Szerzej jedni niż drudzy swe płoty grodzą; Ten ma wiele nad insze w zacności domu, Ten dobrą sławą nie da naprzód nikomu,

Za tym przyjaciół więcej. Śmierć sprawiedliwa Jednakiego na wszystki prawa używa. Kto bądź, ten bądź, na kogo los naprzód padnie, Tak pana, jako sługę poima snadnie.

Komu zawżdy nad szyją wisi miecz goły, Nie uczynią mu smaku przyprawne stoły, Nie pomoże mu do snu słodkie śpiewanie; Sen u prostaków przyjmie i złe posłanie.

Kto swą chciwość na tym, co dosyć, miarkuje, Tego ani burzliwe morze frasuje, Ani ciężki grad, ani złe urodzaje, Kiedy drzewo to ciepłu, to zimnu łaje.

Delfinowie swe morza ścieśnione czują, Bowiem już i na wodzie zamki budują: Wszystka sie do roboty czeladź rzuciła I sam pan, bo mu sie już ziemia sprzykrzyła.

Ale bojaźń i groza pana prowadzą I z wysokich pałaców pchać sie nie dadzą; Na okręt li budowny, na koń li wsiędzie, Troska w okręcie, troska za siodłem będzie.

A jesli ani marmór serdecznej rany, Ani ulżą jedwabiem obite ściany, Przecz mam zajźrzeć kosztownych pałaców komu, A nie raczej w swym mieszkać ojczystym domu?

Pieśń XVII (Słońce już padło, ciemna noc nadchodzi...)

Słońce już padło, ciemna noc nadchodzi, Nie wiem, co za głos uszu mych dochodzi; Postoję mało, a dowiem sie pewnie, Dlaczego płacze ta pani tak rzewnie.

«Już to dziesiąte lato niebo toczy, Jako me smutne zawsze płaczą oczy; A dokąd mi sie miły mój nie wróci, Żaden na świecie troski mej nie skróci.

Już wszyscy inszy nazad przyjechali, Którzy nieszczęsnej Troje dobywali; Jam tylko sama bez męża została: Sroga Fortuna, ta mi go zajźrzała.

Bodaj był w ten czas, gdy do Sparty płynął, Ten cudzołożnik na morzu zaginął! Uszłabych była tej ciężkiej żałości, Przed którą prawie schną dziś moje kości.

Jako ptak, kiedy towarzysza zbędzie, Nigdy na rózdze zielonej nie siędzie, A między bory i pustymi lasy Sam jeden lata po swe wszystkie czasy,

Tak ja, nieszczęsna, w jego niebytności Muszę być zawżdy w trosce i w żałości; Chronię sie ludzi, sama nie wiem czemu, Radam, gdy świadka nie mam płaczu swemu.

Bałam sie zawżdy, póki wojna trwała, Alem wżdy o nim, nieboga, słyszała; Teraz nie wiedzieć, gdzie po świecie błądzi, A wierne serce zawsze gorzej sądzi.

Troszczą mię, smutną, srogie morskie wody, Troszczą mię wiatry i złe niepogody, Troszcze mię wszystko, cokolwiek być może; Tobie go ja tam poruczam, mój Boże!

I to mi czasem na myśl więc przychodzi (Bo łacno, gdy chce, nieszczęście ugodzi), Że moje serce prózno sie frasuje, A on podobno gdzie indziej miłuje.

Źleć by mi płacił moje życzliwości, Bych miała doznać takiej niewdzięczności; Bodajbych pierwej ostatnie skonała, Niżli nowiny takiej doczekała!

Aleć ja dufam jego szczerej cnocie, Że mię nie będzie chciał mieć w tym kłopocie; Będzie pamiętał i statecznie chował Miłość i wiarę, którą mi ślubował.

Usilne wiatry, co morzem władacie, Jesli też kiedy, co to miłość, znacie, Dodajcie mu tak szczęśliwego biegu, Że wrychle stanie na ojczystym brzegu».

Pieśń XVIII (Czołem za cześć, łaskawy mój panie sąsiedzie...)

Czołem za cześć, łaskawy mój panie sąsiedzie. Boże nie daj u ciebie bywać na biesiedzie, Każesz mi pić przezdzięki twe przemierzłe piwo, Że do dna nie wypijam, patrzysz na mię krzywo.

Wszytkoć wadzi: być na nos biedna mucha padła, Miecesz głową i mniemasz, że cię do krwie zjadła; Od stołu żenie każesz, fukasz na pachołki, Wyciskałeś talerze, wyciskasz i stołki.

Patrzaj, diable, że sie tu i gościom dostanie: Gniewaj sie, jako raczysz, jeno nie bij, panie, Bo ja w tym piwie twoim rozkoszy nie czuję; Zdrowie rad mam od ciebie, kufla nie przyjmuję.

Jeslić o sławę idzie, kto więcej pić może, Dajęć przodek w tym męstwie; sam pójdę na łoże. Już ty bądź tym rycerzem, co piwo usieczesz; Tego nie wiem, jesli przed chłopem nie ucieczesz.

Jesli też tak rozumiesz, żebyś mię czestował, Męczysz mię, nie czestujesz; tociem podziękował. Chcesz mię uczcić? Dajże mi dobrą wolą w domu, A niechaj po niewoli nie pełnię nikomu.

Prózno mi skwarnę dawasz. Ja nie będę gonił, Bych też nabarziej piwa wczorajszego zronił. Wiem, żeby mię psi przedsię twoi pilnowali, Bych sie układł, wnet by mi gębę ulizali.

Alem prosto niemyśliw. Ci sie na to godzą, Co szperki niedopiekłe i twardy ser głodzą, Co sobie gardła ostrzą na niewinne piwo Rydzem, śledziem, ogórkiem; nie wiem, co im krzywo.

I tak we łbie rozumu po trzeźwiu niewiele, A ostatek chcą zalać w to miłe wesele. Niech raczej nic nie będzie, ma li go być mało; Rado by niebożątko z mozgu oszalało.

Więc też wojna bez wici: gospodarz sie wierci. Porwoniście zabitej na ostatek śmierci! Do tylam was rozwadzał, aż mi sie dostało; Bijcie sie, póki chcecie, mnie tam na tym mało.

Kufle lecą jako grad, a drugi już jęczy: Wziął konwią, aż mu na łbie zostały obręczy. Potym do arkabuzów. A więc to biesiada? Jesliście tak weseli, jakaż u was zwada?

Nazajutrz sie jednają; przedsię go nalewaj, A kto z nieżadnym głosem, przed pany zaśpiewaj: «Chciejże pomnieć, a dobrze baczyć, namilejsza!» «W czerwonej czapce chodził» zda mi sie cudniejsza.

Usłyszysz tam pięć bassów, dwanaście dyszkantów, Sześć altów, ośm tenorów, dwanaście wagantów, Potym od melodyjej aż posną na stole, Ali drudzy wołają: «Na dwór, na dwór wole!»

Bodajże wam smród w gębę, mili pijanice, A trąd na twarz; bo żona lubi takie lice. Krzywej nogi na starość, nieobrotnej szyje, Krom klątwy, kto będzie żyw, snadnie sie dopije.

Pieśń XX (Miło szaleć, kiedy czas po temu...)

Miło szaleć, kiedy czas po temu, A tak, bracia, przypij każdy swemu, Bo o głodzie nie chce sie tańcować, A podpiwszy, łacniej już błaznować.

Niech sie tu nikt z państwem nie ozywa Ani z nami powagi używa, Przywileje powieśmy na kołku, A ty wedla pana siądź, pachołku!

Tam dobra myśl nigdy nie postoi, Gdzie z rejestru patrzą, co przystoi; Á powiem wam, że sie tym świat słodzi, Gdy koleją statek i żart chodzi.

Ale to mój zysk, że mię słuchacie, A żadnej mi pełnej nie podacie; Znał kto kiedy poetę trzeźwiego? Nie uczyni taki nic dobrego.

Przedsię do mnie, a ja nie zawiodę; Wy też drudzy, co macie pogodę, Każdy swojej włóż w ucho leda co, Nie macie tu oględać sie na co.

I z namędrszym nie trzymam w tej mierze, Kto sie długo na dobrą myśl bierze; Czas ucieka, a żaden nie zgadnie, Jakie szczęście o jutrze przypadnie.

Dziś bądź wesół, dziś użyj biesiady, O przyszłym dniu niechaj próznej rady; Już to dawno Bóg odmyślił w niebie, A k tej radzie nie przypuszczą ciebie.

Pieśń XXI (Ty spisz, a ja sam na dworze...)

Ty spisz, a ja sam na dworze Jeszcze od wieczornej zorze Cierpię nocne niepogody; Użałuj sie mojej szkody!

Słuchaj, jako bije w ściany Z gwałtownym dżdżem grad zmieszany. Ockni sie, a przemów słowo, Nieużyta białagłowo!

Nie na żadną kradzież godzę, Chocia tak po nocy chodzę; Wziąłbych przedsię, by co dano: Łupiestwo czartu porwano.

Nigdziej miejsca mniej hardości Nie najdziesz jako w miłości; Gładkość wprawdzie sługi daje, Ale dzierżą obyczaje.

Słuchasz? czy mój głos nie może Dolecieć na twoje łoże? Słuchajcie wy, nocne cięnie, I nieumowne kamięnie!

Do Amfijonowej lutnie Śpieszyły sie lasy chutnie, A niezwyczajne opoki Ścisnęły sie w mur szeroki.

Orfeowych strón słuchały Srogie jędze i płakały, Gdy miłością utrapiony, I pod ziemią szukał żony.

Jego pieśni żałościwe Zjęły bogi nieżyczliwe; I miał w ręku, co miłował, By był, nędznik, lepiej chował.

Ale nie strzymał umowy, Więc przyszedł o smutek nowy; Bo źle sie obejźrzał, ali Czarci panią zaś porwali.

Czekać już, nieboże, było. Ale gdy co komu miło, Trudno wytrwać i czas mały: Godzina tam jak rok cały.

A ja długo mam bić w stróny? Już u mnichów słyszę dzwóny. Dziwnosmy sie pomieszali, Jam nie spał, a ci już wstali.

Dobrą noc, jesli kto słyszy, A mój więniec w tej złej ciszy Niechaj wisi do świtania, Świadek mego niewyspania.

Pieśń XXII (Rozumie mój, prózno sie masz frasować...)

Rozumie mój, prózno sie masz frasować: Co zginęło, trudno tego wetować; Póki czas był, póki szczęście służyło, Czegoś żądał, o wszystko łacno było.

Teraz widzisz, że nam niebo nie sprzyja: W czym sie kochasz, to cię daleko mija. Cóż temu rzec? I szkoda głowy psować; Lepiej sie nam na lepsze czasy chować.

A nie mniemaj, byś sam był w tej niewoli: Nalazłby sie, kogo to nie mniej boli; Jeno ludzie snadniej zakryć umieją, Acz nie z serca, z wierzchu sie przedsię śmieją.

Mnie, smutnego, ten dowcip nie ratuje, Wyda mię twarz, gdy sie serce źle czuje. Wszakoż widzę, że sie prózno frasować: Co zginęło, trudno tego wetować.

Pieśń XXIII (Nieźle czasem zamilczeć, co człowieka boli...)

Nieźle czasem zamilczeć, co człowieka boli, By nie znał nieprzyjaciel, że cię ma po woli; Ale to nade wszystko za raz odżałować, A niewdzięcznemu panu tudzież podziękować.

Cierpiałem ja tak wiele, że mię wstyd powiadać, A mógłby mi bezpiecznie każdy głupstwo zadać, Żem sie dał za nos wodzić czas tak barzo długi, Bacząc, że w małej wadze były me posługi.

Chciałem złość jakokolwiek wytrwać uprzejmością, A zwyciężyć niewdzięczność swoją statecznością; Ale moja uprzejmość i statek był prózny, A jej niebaczny umysł zawżdy memu rózny.

Bóg was żegnaj, niewdzięczne i nieludzkie wrota, Świadome mych częstych dróg i mego kłopota; Bodaj tu pajęczyna i pleśń na was padła, A te niewierne zamki rdza plugawa zjadła!

Pieśń XXIV (Zegar, słyszę, wybija...)

Zegar, słyszę, wybija, Ustąp, melankolija! Dosyć na dniu ma statek, Dobrej myśli ostatek.

U Boga każdy błazen, Choć tu przymówki prazen, A im sie barziej sili, Tym jeszcze więcej myli.

A kto by chciał na świecie Uważyć, co sie plecie, Dziwnie to prawdy blisko, Że człek - Boże igrzysko.

Dygnitarstwa, urzędy, Wszystko to jawne błędy; Bo nas równo śmierć sadza Ani pomoże władza.

A nad chłopa chciwego Nie masz nic nędzniejszego; Bo na drugiego zbiera, A sam głodem umiera.

Więc by tacy synowie Byli jako ojcowie, Dawno by z tej przyczyny Świat sie jął żebraniny.

Lecz temu Bóg poradził, Bo co jeden zgromadził, To drugi wnet rozciska; Niech świata głód nie ściska.

Po śmierci trudno rządzić; Tyś mógł, ojcze, nie błądzić, Syn tylko worki zliczy, W rozumie nie dziedziczy.

Przeto te troski płone Szatanowi zlecone; Niech, uprzątnąwszy głowę, Mkną w skrzynię Fokarowę.

A nam wina przynoście, Z wina dobra myśl roście; A frasunek podlany Taje by śnieg zagrzany.

Pieśń XXV (Użałuj sie, kto dobry, a potłucz zawiasy...)

Użałuj sie, kto dobry, a potłucz zawiasy I mnie samę wrzuć w ogień; bo prze te niewczasy Dobrze już nie szaleję, ja, furta strapiona; Jednak mię ten bezmierny niepokój dokona.

Że to żadna Boża noc nigdy nie minęła, Abych kiedy okrutnych razów nie podjęła Od tych sprosnych pijanic; nie mówię o słowa, Łatwiejsza to, kiedyby cała była głowa.

Co tu za mej pamięci powrozów stargano, Wrzeciądzów ukręcono, młotków skołatano; Teraz już głowicami łotrostwo mię tłucze, A ubogi gospodarz kryje pod sie klucze.

To nietajna, że cierpię nie za swoją winą, Ale wszeteczna pani wszystkiego przyczyną, Która nie wiem na jaki żywot sie udała, Że i wstydu, i dobrej sławy zapomniała.

Ja, to Bóg wie, przestrzegam swojej powinności, A taję, ile mogę, jej zbytków i złości. Cóż po tym, kiedy ludzie na zęby ją wzięli? Ona wie, jesli fałszu czy prawdy sie jęli.

Ale jesli mię, smutną, ciężkie razy bolą, Nie mniejszą mam przed owym nędznikiem niewolą, Co tu noc pole nocy płacze mi nad głową Ani mi spać dopuści swą żałosną mową.

«Furto — powiada — sroższa niżli pani twoja, Mnie to na złość trzymasz sie tak mocno podwoja; Czemu mię w dom, smutnego, nie puścisz? Gdyż mojej Skrytej prośby nie umiesz odnieść paniej swojej!

Tak-że ja, biedny człowiek, w swym ciężkim frasunku Nie mam uznać na wieki żadnego ratunku? I już mię nocleg potkać uczciwszy nie może, A ten zimny próg muszę przyjmować za łoże?

Mych niewczasów litują nocy nieprzespane, Litują pełne gwiazdy, wiatry niewytrwane; Ty sama nie chcesz baczyć ludzkich doległości, A swym tylko milczeniem wiecznie zbywasz gości.

Gdzieś to namniejsze słówko przez skałę przepadło, A na zapamiętałym uchu paniej siadło; By kamień, by żelazo w sercu swym chowała, Nie wierzę temu, żeby westchnąć raz nie miała.

Teraz na szczęsnej ręce u drugiego leży, A moja prózna mowa przecz za wiatry bieży; Ale ty, coś przyczyną tych wszystkich trudności, Furto, mówię, niewdzięczna moich uczynności,

Tobiem ja złego słowa nie rzekł jako żywo, Co drugi rad uczyni, gdy mu miejsce krzywo, Żebyś mi tę niewdzięczność okazować miała A mnie całą noc płakać pod niebem niechała.

Alem cię rychlej nowym rymem udarował I twoje niskie progi wdzięcznie ucałował, Com sie razów obrócił u twego podwoja, Obiatami szukając u świętych pokoja».

To tego i co lepiej oni tam umieją, Całą Bożą noc będzie, aż kury odpieją. Takżeć mię, smutną, to złe paniej obyczaje, To tego płacz frasuje, aż mię ledwie staje.

Księgi wtóre

Pieśń I (Przeciwne chmury słońce nam zakryły...)

Przeciwne chmury słońce nam zakryły I niepogodne deszcze pobudziły, Wody z gór szumią, a pienista Wilna Już brzegom silna.

Strach patrzać na to częste połyskanie; A prze to srogie obłoków trzaskanie, Kładą sie lasy, a piorun, gdzie zmierzy, Źle nie uderzy.

Zakładaj korab’, cieśla nauczony, A kto wie, jesli nie wrócą sie ony Nieszczęsne czasy, kiedy powódź była Świat zatopiła.

Sześć niedziel w ten czas lał deszcz nie przestając, A ziemia, nowe źrzódła pobudzając, Rzek przymnażała, tak iż morskie wały Wylać musiały.

Z ludźmi pospołu i miasta, i grody Nieuśmierzone zatopiły wody; Nie wysiedział sie pasterz z bydłem w cale Na żadnej skale.

Ryby po górach wysokich pływały, Gdzie ledwe przedtym pióra donaszały Mężnej orlice, gdy do miłych dzieci Z obłowem leci.

Ale na ten czas i matkę, i syny Pożarła woda, i wszystek źwierz iny; Sam Noe został, przy nim żona tylko A dziatek kilko.

Nieżyzne w cnotę to tam były lata, Gdzie ledwe jeden ze wszytkiego świata Nalezion, co go Bóg w cale zachował, Gdy nierząd psował.

Ten, będąc z łaski Pańskiej ostrzeżony, Zbudował sobie korab’ niezmierzony, Na którym pływał czasu złej przygody Po wierzchu wody.

A wszyscy inszy nagle zagarnieni I w głębokościach morskich zatopieni; Niebo a morze, te dwie rzeczy były Świat zastąpiły.

A kiedy sie już prawie dosyć zstało Pańskiemu gniewu, po trosze spadało Wielkiego morza, aż za czasem skały Z wody wyźrzały.

Potym i zbytnie zawarły sie zdroje, A bystre rzeki wpadły w brzegi swoje; Ziemia ku słońcu pełne ciężkiej rosy Rozwiła włosy.

A trupy wkoło straszliwe leżały, Ludzie i bydło, wielki źwierz i mały; Pełne ich morza, pełne brzegi były, Boga ruszyły.

I rzekł Noemu: «Już teraz na ziemię Występuj śmiele i z tobą twe plemię; Oto ja znowu przyodzieję lasy Na wieczne czasy.

I będzie, jako po te lata wszytki, Ziemia dawała wszelakie użytki; Mnóżcie sie, niech świat spustoszały wszędzie Znowu osiędzie.

A w tym upewniam każdą żywą duszę, Że nigdy potym takich wód nie wzruszę, Które by miały ziemię opanować I świat zepsować.

Włożę na niebo znakomitą pręgę, Którą gdy ujźrzę, wspomnię na przysięgę, Że mam hamować niezwyczajną wodę I nie zawiodę».

Pomni sie, lutni! Nie twojej to głowy Wspominać Boga żywego rozmowy; Każ ty nam zasieść przy ciepłym kominie, Aż zły czas minie.

Pieśń II (Nie dbam, aby zimne skały...)

Nie dbam, aby zimne skały Po mym graniu tańcowały; Niech mię wilcy nie słuchają, Lasy za mną nie biegają.

Hanno, tobie k woli spiewam, Skąd jesli twą łaskę miewam, Przeszedłem już Amfijona I lutnistę Aryjona.

Mnie sama twarz nie uwiedzie; I choć druga na plac jedzie Z herby domów starożytnych, Zacne plemię dziadów bitnych,

Ja chcę podobać sie w mowie Nauczonej białejgłowie; Ty mię pochwal, moja pani, Nie dbam, choć kto inszy gani.

Cnocie zajźrzą jako żywo, Bujne drzewo wiatrom krzywo; Ale ty chciej pómóc sama, Nie ugrozi zazdrość nama.

A jesli me niskie progi Będą godne twojej nogi, Nogi pięknej — nie potrzeba, Dosięgę już głową nieba.

Samy cię ściany wołają I z dobrą myślą czekają; Lipa stojąc wpośrzód dworu, Wygląda cię co raz z boru.

Każ bystre konie zakładać, A sama sie gotuj wsiadać; Teraz naweselsze czasy, Zielenią sie pięknie lasy.

Łąki kwitną rozmaicie, Zająca już nie znać w życie, Przy nadziei oracz ścisły, Że będzie miał z czym do Wisły.

Stada igrają przy wodzie, A sam pasterz, siedząc w chłodzie, Gra w piszczałkę proste pieśni, A faunowie skaczą leśni.

Kwap sie, póki jasne zorze Nie zapadną w bystre morze; Po chwili ćmy czarne wstaną, Co noc noszą nienaspaną.

Pieśń III (Nie wierz Fortunie, co siedzisz wysoko...)

Nie wierz Fortunie, co siedzisz wysoko; Miej na poślednie koła pilne oko: Bo to niestała pani z przyrodzenia, Często więc rada sprawy swe odmienia.

Nie dufaj w złoto i w żadne pokłady, Każdej godziny obawiaj sie zdrady: Fortuna co da, to zasię wziąć może, A u niej żadna dawność nie pomoże.

A ci, co z tobą teraz przestawają, Twej sie fortunie, nie tobie kłaniają; Skoro ta zniknie, tył każdy podawa, Jako cień, kiedy słońca mu nie zstawa.

Lecz jako sama oczy zasłoniła, Tak swym pochlebstwem ludzi pobłaźniła, Że drugi wysszej nosa gębę nosi, A wszystki insze oczyma przenosi.

Ty pomni, że twój skarb u Szczęścia w mocy, A tak sie staraj o takiej pomocy, Aby wżdy z tobą twego co zostało, Jesli zaś będzie Szczęście swego chciało.

Cnota skarb wieczny, cnota klenot drogi; Tegoć nie wydrze nieprzyjaciel srogi, Nie spali ogień, nie zabierze woda; Nad wszystkim inszym panuje Przygoda.

Pieśń IV (W twardej kamiennej wieży i za troistemi...)

W twardej kamiennej wieży i za troistemi Drzwiami siedząc Danae nieprzełomionemi, Pod strażą nieuspionych spartańskich złajników, Mogła wiecznie nie uznać nocnych wszeteczników,

By była z Akryzego Wenus nie szydziła, Stróża zamknionej panny; bo ta obaczyła, Że Jowisz, w upominku złotym utajony, Miał mieć bezpieczny przystęp i gmach otworzony.

Złoto śrzodkiem janczarów zbrojnych pójdzie snadnie, A przez twardą opokę gwałtowniej przepadnie Niżli raz piorunowy: upadł nieszczęśliwy Dom proroka greckiego, prze zysk niecnotliwy

Z gruntu wykorzeniony; przebił bramy twarde Zacnych miast Macedończyk i podkopał harde Tyranny datkiem; datkom hetmani hołdują, Którzy daleko świetnym nawom rozkazują.

Wielkich pieniędzy wielka troska naszladuje; A im człowiek w pokładzie swoim więcej czuje, Tym jeszcze więcej pragnie; słusznie moje oko I nigdy przedtym, i dziś nie zmierza wysoko.

Im sobie człowiek więcej pomierny ujmuje, Tym mu więcej od Boga z łaski przystępuje; Nic nie mając, z tymi, co nic nie chcą, przestaję, A buntów dobrowolnie bogatych sie kaję.

Pan znaczniejszy, gdy państwem wzgardzę, niżbych wszytki Żóławskie urodzaje i gdańskie pożytki W jednym szpichlerzu zamknął, a sam, siedząc w cieniu, Nie mógł sie chleba najeść, nędznik w dobrym mieniu.

Zdrój przeźroczystej wody, lasu średnia miara I zasiewku mojego niepochybna wiara Rządźcy płodnej Afryki, szerokowładnemu, Nie da sie znać, że w szczęściu przerównana jemu.

Acz mi miodu podolskie pasieki nie dają Ani w mym lochu wina seremskie stawają, Ani bogate stada owiec niezliczonych Strzygą odrosłą trawę po górach zielonych;

Przedsię nazbyt ubóstwa nie znać w domu moim, A by mi więcej trzeba, ufam w Bogu swoim; Ale gdy niepotrzebne chciwości odprawię, Lepiej daleko płatu sobie tym poprawię,

Niżbych bogate pola węgierskie z porządnym Państwem węneckim złączył. Ludziom wielożądnym Wiela i nie dostawa; niech przyjmuje z dzięką, Komu ścisłą, co dosyć, Bóg udzielił ręką.

Pieśń IX (Nie porzucaj nadzieje...)

Nie porzucaj nadzieje, Jakoć sie kolwiek dzieje: Bo nie już słońce ostatnie zachodzi, A po złej chwili piękny dzień przychodzi.

Patrzaj teraz na lasy, Jako prze zimne czasy Wszystkę swą krasę drzewa utraciły, A śniegi pola wysoko przykryły.

Po chwili wiosna przyjdzie, Ten śnieg z nienagła zéjdzie A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje, W rozliczne barwy znowu sie odzieje.

Nic wiecznego na świecie: Radość sie z troską plecie, A kiedy jedna weźmie moc nawiętszą, W ten czas masz ujźrzeć odmianę naprędszą.

Ale człowiek zhardzieje, Gdy mu sie dobrze dzieje; Więc też, kiedy go Fortuna omyli, Wnet głowę zwiesi i powagę zmyli.

Lecz na szczęście wszelakie Serce ma być jednakie; Bo z nas Fortuna w żywe oczy szydzi, To da, to weźmie, jako sie jej widzi.

Ty nie miej za stracone, Co może być wrócone: Siła Bóg może wywrócić w godzinie; A kto mu kolwiek ufa, nie zaginie.

Pieśń V (Wieczna sromota i nienagrodzona...)

Wieczna sromota i nienagrodzona Szkoda, Polaku: ziemia spustoszona Podolska leży, a pohaniec sprosny, Nad Niestrem siedząc, dzieli łup żałosny.

Niewierny Turczyn psy zapuścił swoje, Którzy zagnali piękne łanie twoje Z dziećmi pospołu a nie masz nadzieje, By kiedy miały nawiedzić swe knieje.

Jedny za Dunaj Turkom zaprzedano, Drugie do hordy dalekiej zagnano; Córy szlacheckie (żal sie mocny Boże!) Psom bisurmańskim brzydkie ścielą łoże.

Zbójce, niestety, zbójce nas wojują, Którzy ani miast, ani wsi budują; Pod kotarzami tylko w polach siedzą, A nas nierządne, ach, nierządne, jedzą!

Tak odbieżałe stado więc drapają Rozbójce wilcy, gdy po woli mają, Że ani pasterz nad owcami chodzi, Ani ostrożnych psów za sobą wodzi.

Jakiego serca Turkowi dodamy, Jesli tak lekkim ludziom nie zdołamy? Ledwieć nam i tak króla nie podawa; Kto sie przypatrzy, mała nie dostawa.

Zetrzy sen z oczu a czuj w czas o sobie, Cny Lachu! Kto wie, jemu czylitobie Szczęście chce służyć? A dokąd wyroku Mars nie uczyni, nie ustępuj kroku.

A teraz k temu obróć myśli swoje Jakobyć szkody nieprzyjaciel twoje Krwią swą nagrodził i omył tę zmazę, Której dziś niesiesz prze swej ziemie skazę.

Wsiadamy? Czy nas półmiski trzymają? Biedne półmiski, czego te czekają? To pan, i jadać na śrebrze godniejszy, Komu żelazny Mars będzie chętniejszy.

Skujmy talerze na talery, skujmy, A żołnierzowi pieniądze gotujmy. Inszy to darmo po drogach miotali, A my nie damy, bychmy w cale trwali?

Dajmy, a naprzód dajmy! Sami siebie Ku gwałtowniejszej chowajmy potrzebie. Tarczej niż piersi pierwej nastawiają, Pozno puklerza przebici macają.

Cieszy mię ten rym: «Polak mądr po szkodzie»; Lecz jesli prawda i z tego nas zbodzie, Nową przypowieść Polak sobie kupi, Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

Pieśń VI (Królewno lutnie złotej i rymów pociesznych...)

Królewno lutnie złotej i rymów pociesznych, Ochłodo myśli tesznych, Ty sama powiedz a kres naznacz, póki mamy Płakać, gdy przyjaciela miłego stradamy.

Łacno cieszyć chorego, gdysmy zdrowi sami, Lecz kiedy toż nad nami Niefortuna pokaże, tam więc człowiek czuje, Że co drugim chciał radzić, sam sie nie ratuje.

Godno płaczu nieszczęście i twoja przygoda, O zacny wojewoda, Boś pozbył towarzysza i cnotliwej żony, Której dobroć, której wstyd jest niewysłowiony.

Ale byś dobrze, wziąwszy lutnią Orfeowę, Wstąpił w łódź Charonowę I nawiedził podziemne, niewesołe kraje, Gdzie słońce swych promieni nigdy nie podaje,

Nie zyszczesz dusze, która dotkła raz napoju Niepamiętnego zdroju. Przeto cierpliwość sama nalepsza w tej mierze, Gdzie za raz i ratunek upad z sobą bierze.

Pieśń VII (Słońce pali, a ziemia idzie w popiół prawie...)

Słońce pali, a ziemia idzie w popiół prawie, Świata nie znać w kurzawie; Rzeki dnem uciekają, A zagorzałe zioła dżdża z nieba wołają.

Dzieci, z flaszą do studniej; a stół w cień lipowy, Gdzie gospodarskiej głowy Od gorącego lata Broni list, za wsadzenie przyjęmna zapłata.

Lutni moja, ty ze mną; bo twe wdzięczne strony Cieszą umysł trapiony, A troski nieuspione Prędkim wiatrom podają za Morze Czerwone.

Pieśń VIII (Nie frasuj sobie, Mikołaju, głowy...)

Nie frasuj sobie, Mikołaju, głowy, Kto ma być królem: już dekret gotowy Przed Bogiem leży, nie piórem pisany, Lecz w dyjamencie twardym wykowany.

Nie z pół- lub nocy, lub dnia, nie ze wschodu Ani czekajmy pana od zachodu; Ten królem będzie, kogo Bóg mianuje, Łatwie On ludzkie serca spraktykuje.

Tenże nam mimo znajomsze sąsiady, W śmiech obrociwszy nasze płone rady, Przywiódł był króla z dalekiej krainy, Po którym wrychle miał usieść kto iny.

Gdzie ony złote góry nieprzebrane? Gdzie Gaszkonowie i wojska ubrane? W co poszły działa i nasze turnieje? Wiatrem nadziane puknęły nadzieje.

Fortuna nawy na morzu sprawuje, Fortuna w bitwach zwycięstwem szafuje; Onej rakosze i sejmy słuchają; A ludzkie rady wspak sie obracają.

Precz krasomowce! Wywody na stronę! A my gdzie w polu na słupie koronę Zawieśmy złotą; jesli nie mędrszemu, Niech ją da Szczęście przynamniej rętszemu.

Pieśń X (Może kto ręką sławy dostać w boju...)

Może kto ręką sławy dostać w boju, Może wymową i rządem w pokoju; Lecz jesli żona męża nie ozdobi, Mąż prózno robi.

Kto z gospodarstwa, a kto zaś z wysługi Zbierze pieniądze i z kupiectwa drugi, Jesli sie żona nie przyłoży k temu, Zginąć wszytkiemu.

Żona uczciwa ozdoba mężowi I napewniejsza podpora domowi: Na niej rząd wszystek; swego męża ona Głowy korona.

Ona mężowym kłopotom zabiega I jego wczasu na wszystkim przestrzega; Ona wywabić troskę umie z głowy Słodkiemi słowy.

Ona dziateczki ojcowi podobne Rodzi, skąd rostą pociechy osobne; Ani już spadków upatrują krewni, Dziedzica pewni.

Trzykroć szczęśliwy, któremu Ty zdarzysz Ten związek, Panie; ale zły towarzysz Odejmie wszytko, że troski w pół wieka Zgryzą człowieka.

Pieśń XI (Stateczny umysł pamiętaj zachować...)

Stateczny umysł pamiętaj zachować, Jesli cię pocznie nieszczęście frasować; Także i góry nie radzęć wylatać, Kiedy sie Szczęście z tobą imie bratać.

Śmierci podległy człowiecze cnotliwy, Choć wszytek twój wiek będzie frasowliwy, Chocia też czasem, siedząc z przyjacioły, Przy dobrym trunku strawisz dzień wesoły;

Tu przy ciekącym, przezornym strumieniu. Każ stół gotować w jaworowym cieniu; Każ wino nosić, póki beczka leje, Póki wiek służy, a śmierć nie przyspieje.

Postąpisz z włości drogo zapłaconych, Postąpisz z dworu i gmachów złoconych; A co zebrania twego kolwiek będzie, To wszytko przyszły namiastek osiędzie.

Bądź sie kto zacnym rodził i bogatym, Bądź niewolnikiem, u śmierci nic na tym; Czyjkolwiek naprzód los wynidzie, wsiadaj, Wieczny wygnańcze, ani więc odkładaj.

Pieśń XII (Nie masz, i po drugi raz nie masz wątpliwości...)

Nie masz, i po drugi raz nie masz wątpliwości, Żeby cnota miała być kiedy bez zazdrości: Jako cień nieodstępny ciała naszladuje, Tak za cnotą w też tropy zazdrość postępuje.

Nie może jej blasku znieść ani pojźrzeć w oczy, Boleje, że kto przed nią kiedy wysszej skoczy; A iż baczy po sobie, że sie wspinać prózno, Tego ludziom uwłóczy, w czym jest od nich rózno.

Ale człowiek, który swe Pospolitej Rzeczy Służby oddał, tej krzywdy nie ma mieć na pieczy; Dosyć na tym, kiedy praw, ani niesie wady; Niechaj drugi boleje, niech sie spuka jady.

Cnota (tak jest bogata) nie może wziąć szkody Ani sie też ogląda na ludzkie nagrody; Sama ona nagrodą i płacą jest sobie I krom nabytych przypraw świetna w swej ozdobie.

A jesli komu droga otwarta do nieba, Tym, co służą ojczyźnie. Wątpić nie potrzeba, Że co im zazdrość ujmie, Bóg nagradzać będzie, A cnota kiedykolwiek miejsce swe osiędzie.

Pieśń XIII (Panu dzięki oddawajmy...)

Panu dzięki oddawajmy, Jego łaskę wspominajmy, Który hardym miesza rzeczy, A skromne ma na swej pieczy.

On hardy, nieunoszony, On tyran północnej strony, Któremu, jako sam mniema, Świat tak wielki równia nie ma,

Car moskiewski plac mężnemu Puścił królowi polskiemu; Nie oparł sie aż o lody Niepławnej północnej wody.

Granic i zamków budownych Odbieżał, i miast warownych; Płatna to, kiedy o duszę, I sam go obmówić muszę.

Obróć swój koń prędkonogi, Nieścigniony care drogi. Chcesz być groźnym, a uciekasz; Jesliś płochy, hardzie nie każ.

Teraz był czas porokować, Komu szłyk naprzód zdejmować; Teraz sie było dowiadać, Kto ma naprzód z konia spadać.

Bóg pomóż, królu jedyny Szerokiej polskiej krainy; Umiesz ty hardym dogodzić Ani sie im dasz rozwodzić.

Zdjąłeś maszkarę butnemu Tyranowi moskiewskiemu; Okazałeś, że nie kąsa, Chocia to porożem wstrząsa.

W zamcech nadzieję pokładał, Ale i tych prędko stradał. Nie przyszło mu do odsieczy; Głowy ostrzec barziej k rzeczy.

Znowu tedy, skąd był wyszedł, W ręce polskie Połock przyszedł, Za powodem szczęśliwego Stefana, króla polskiego.

Nie pomogły kule częste, Zręby mocne, baszty gęste: Puściły żelazne brony. A ty, królu niezmożony,

Nie tylko zamki budowne I twierdze bierzesz warowne, Ale co chwalniejsza w tobie, Jesteś silen i sam sobie.

Nie puściłeś wódz gniewowi, Łaskęś nieprzyjacielowi Uczynił; masz i dzielnością, Masz już nadeń i ludzkością.

Zdrów bądź, królu niezwalczony. Ciebie moje wdzięczne strony Nie zmilczą miedzy sławnemi Bohatery walecznemi.

Pieśń XIV (Wy, którzy Pospolitą Rzeczą władacie...)

Wy, którzy Pospolitą Rzeczą władacie, A ludzką sprawiedliwość w ręku trzymacie; Wy, mówię, którym ludzi paść poruczono I zwierzchności nad stadem Bożym zwierzono,

Miejcie to przed oczyma zawżdy swojemi, Żeście miejsca zasiedli Boże na ziemi, Z którego macie nie tak swe własne rzeczy Jako wszytek ludzki mieć rodzaj na pieczy.

A wam więc nad mniejszemi zwierzchność jest dana, Ale i sami macie nad sobą Pana, Któremu kiedyżkolwiek z spraw swych uczynić Poczet macie; trudnoż tam krzywemu wynić.

Nie bierze ten Pan darów ani sie pyta, Jesli kto chłop czyli sie grofem poczyta; W siermiędze li go widzi, w złotych li głowach, Jesli namniej przewinił, być mu w okowach.

Więc ja podobno z mniejszym niebezpieczeństwem Grzeszę, bo sam sie tracę swym wszeteczeństwem; Przełożonych występki miasta zgubiły I szerokie do gruntu carstwa zniszczyły.

Pieśń XIX (Jest kto, co by wzgardziwszy te doczesne rzeczy...)

Jest kto, co by wzgardziwszy te doczesne rzeczy Chciał ze mną dobrą tylko sławę mieć na pieczy, A starać sie, ponieważ musi zniszczeć ciało, Aby imię przynamniej po nas tu zostało?

I szkoda zwać człowiekiem, kto bydlęce żyje, Tkając, lejąc w się wszytko, póki zstawa szyje; Nie chciał nas Bóg położyć równo z bestyjami: Dał nam rozum, dał mowę, a nikomu z nami.

Przeto chciejmy wziąć przed się myśli godne siebie, Myśli ważne na ziemi, myśli ważne w niebie; Służmy poczciwej sławie, a jako kto może, Niech ku pożytku dobra spólnego pomoże.

Komu dowcipu równo z wymową dostaje, Niech szczepi miedzy ludźmi dobre obyczaje; Niechaj czyni porządek, rozterkom zabiega, Praw ojczystych i pięknej swobody przestrzega.

A ty, coć Bóg dał siłę i serce po temu, Uderz sie z poganinem, jako słusze cnemu; Prostak to, który wojsko z wielkości szacuje: Zwycięstwo liczby nie chce, męstwa potrzebuje.

Śmiałemu wszędy równo, a o wolność miłą Godzi sie oprzeć by więc i ostatnią siłą; Nie przegra, kto frymarczy na sławę żywotem, Azaby go lepiej dał w cieniu darmo potem?

Pieśń XV (Nie zawżdy Apollo strzela)

Nie zawżdy Apollo strzela, Ale łuk z lutnią podziela; Nie zawżdy Mars hufy wodzi, Czasem też pod sieć ugodzi.

Nie zawżdy grad z góry leci Albo burza niebo szpeci; Chmury czarne wiatr wojuje, A pogoda następuje.

Takżeć słusze człowiekowi Odejmać sie frasunkowi, A jako niewdzięczne brzemię Uderzyć troski o ziemię.

Cokolwiek raz przeminęło, Niewrócony koniec wzięło, A przyszły czas Bóg ma w mocy, Pogrążony w twardej nocy.

Dosyć na rozum człowieczy Dzień dzisiejszy mieć na pieczy; Ostatek na Boga wkładaj, A dobrze żyć nie odkładaj.

Żyj dobrze, nie odkładając; Bo dalszych czasów czekając, Niepodobnym obyczajem, Nie począwszy żyć, przestajem.

Pieśń XVI (Nic po tych zbytnich potrawach, nic po tym...)

Nic po tych zbytnich potrawach, nic po tym Śrebrze na służbie i obiciu złotym; Nam k woli, kędy róża pozno kwitnie Nie szukaj zbytnie.

Dobra-ć i miętka, co ją najdzie wszędzie; A kiedy równe towarzystwo siędzie, Prędka dobra myśl, a tym jeszcze chutniej, Gdy nie bez lutniej.

Lutnia — wódz tańców i pieśni uczonych, Lutnia — ochłoda myśli utrapionych: Ta serce miękczy swym głosem przyjemnym Bogom podziemnym.

Pieśń XVII (Niegodzien tego ten świat zawikłany...)

Niegodzien tego ten świat zawikłany, Aby miał na nim rozumem nadany Człowiek polegać, a swe szczęśliwości Sadzić na jego płochej odmienności.

Co ma ten żywot, na co by bezpiecznie Człowiek mógł kazać? Niedługo kóniecznie Doniesie czaszę pachołek do gęby, A przedsię i w tym straci czasem zęby.

Morze nie stoi nigdy, zawżdy płynie: Teraz kędzierze nastrzępi, w godzinie Dnem wzgórę stanie, a ogromne wały Wysokich będą obłoków sięgały.

Cnota mój kompas, który nie w pół nocy, Ale w pół zbytków bije. Niech sie smocy I wszytko bydło Proteowe jeży, Łódź moja przedsię swym pędem pobieży.

Pieśń XVIII (Ucieszna lutni, w której słodkie strony)

Ucieszna lutni, w której słodkie strony Bijąc, Amfijon kamień rozproszony Zwabił na kupę, a z chętnej opoki Wstał mur szeroki.

Niemowna przedtym ani ulubiona, Dziś na wszytek świat wielce zalecona, Zaśpiewaj, co by trudnej Bogumiły Uszy lubiły.

Która jakoby źrzóbek niełapany Ani pasterzką ręką ugłaskany Ucieka w pole, a pędęm człowieka Mija z daleka.

Ty umiesz tygry, umiesz lasy wodzić I bieg pochopnym strumieniom zagrodzić; Tobie ustąpił stróż nieokrócony Piekielnej brony,

Cerber, chocia mu wściekły łeb nakrywa Sto srogich wężów, a para smrodliwa I sprosna piana ciecze miedzy zęby Z trojakiej gęby.

Biedny Iksyjon, Tytyjus zmiękczony, Rozśmiał sie nie chcąc; i dzban osuszony Stał chwilę, za czym cieszył twój rym drogi Dziewki niebogi.

Niech Bogumiła srogość jadowitą Złych panien słyszy i wody niesytą Banię bezdenną, i pomstę nieskorą, Którą źli biorą

Na drugim świecie. Bo co, prze żywego Boga, już mogły uczynić gorszego? Pomordowały, jędze niecnotliwe, Męże właściwe.

Jedna z nich, wierna łożu małżeńskiemu, Przeciwko ojcu krzywoprzysiężnemu Zacnie skłamała: panna czci bez końca Pod kręgiem słońca.

Która: «Wstań — rzekła — wstań, mężu, by wieczny Sen na cię nie padł, skądeś ty bezpieczny; Schroń sie przed ojcem i przed bezecnemi Siostrami złemi,

Które jak lwice z głodu nieznośnego Wpadwszy na stado, każda morzy swego; Ja, litościwsza, ani cię chcę tykać, Ani zamykać.

Mnie niechaj ojciec trzyma w pęcie srogim, Żem lutość miała nad mężem ubogim; Mnie niechaj zaśle w pogańskie narody Przez morskie wody.

Idź, gdzie cię nogi i wiatry powiodą, Za tą życzliwej ćmy nocnej pogodą; Idź zdrów, a skargę na mogiłę smętną Włóż więc pamiętną».

Pieśń XX (Jaką, rozumiesz, zazdrość zjednałeś sobie...)

Jaką, rozumiesz, zazdrość zjednałeś sobie, Zacny biskupie, w mojej małej osobie, Żeś mię z domu wyciągnął w te dalsze strony Od małych dziatek i od teskliwej żony?

Nie myśli-ć ona o tym, że ja przy tobie Głowy nie ufrasuję by namniej sobie; Że w twym pałacu mieszkam, że przy twym boku Siadam; koń mój, sługa mój na twym obroku.

Rychlej, niesposobnego będąc świadom Zdrowia mego, frasuje swe serce doma, Żebych jakiej choroby nagłej nie użył, Nie mając, kto by mi w tym jej sercem służył.

Ciężar także domowy, społeczny nama, Teraz w mej niebytności musi nieść sama, Strzegąc w domu porządku, warując szkody, Dziatek lichych pilnując, zakładów zgody.

Któż wie, jesli i tego przed sie nie bierze (Acz wątpić nie potrzeba o mojej wierze), Że na świecie rodzą sie takowe zioła, Których smak pamięć domu wygładza zgoła;

Że taka jest muzyka i takie strony, Których człowiek słuchając, już ani żony, Ani dziatek nawiedzi, ale w niewoli Pod pany sromotnymi wiecznie trwać woli.

To i czego jest więcej, zawżdy w miłości Serca trapi, chocia też zstawa ufności; A ty nie bądź przyczyną, biskupie drogi, Niczyjej, lubo słusznej, lub płonej trwogi.

Ale złącz, jakoś rozwiódł, bo acz oboje Twój urząd niesie, wszakże wyroki twoje Na ludzkiej chęci wiszą: i ja, i ona Nie pragniewa do śmierci być rozdzielona.

Pieśń XXI (Srogie łańcuchy na swym sercu czuję...)

Srogie łańcuchy na swym sercu czuję; Lecz to szczęściem szacuję, Żem jest tak pięknym sidłem ułowiony; Wesoło żywę, w trosce położony, A w tym swoim wzdychaniu Mam rozkosz przeciw ludzkiemu mniemaniu, Oczy dziwnej piękności, W których sie wszytki najdują wdzięczności. Dzień to błogosławiony, Kiedym ja waszym sidłem upleciony.

Pieśń XXII (Proszę, jesli sie z tobą co śpiewało...)

Proszę, jesli sie z tobą co śpiewało, Co by i ten rok, i dalej trwać miało, Powiedz słowieński rym, o wielostrona Lutni złocona,

Mytyleńskiego mieszkańca przed laty Zabawo, który, choć w boju zębaty, Przedsię śrzód mieczów lub też nawę w biegu Przybił do brzegu.

Muzy parnaskie i naleźcę wina, I Afrodytę, i z nią jejże syna I Lyka z czarnym włosem i czarnema Śpiewał oczema,

O czci Febowa i stołów złoconych Kraso niebieskich, o myśli strapionych Wdzięczna ochłodo, i mnie sprzyjaźliwąm Bądź, gdy cię wzywąm!

Pieśń XXIII (Nie zawżdy, piękna Zofija...)

Nie zawżdy, piękna Zofija, Róża kwitnie i lelija; Nie zawżdy człek będzie młody Ani tej, co dziś, urody.

Czas ucieka jak woda, A przy nim leci Pogoda Zebrawszy włosy na czoło: Stąd jej łapaj, bo w tył goło.

Zima bywszy zejdzie snadnie; Nam, gdy śniegiem włos przypadnie, Już wiosna, już lato minie, A ten z głowy mróz nie zginie.

Pieśń XXIV (Niezwykłym i nie leda piórem opatrzony...)

Niezwykłym i nie leda piórem opatrzony Polecę precz, poeta, ze dwojej złożony Natury: ani ja już przebywać na ziemi Więcej będę, a więtszy nad zazdrość, ludnemi

Miasty wzgardzę. On, w równym szcześciu urodzony, On ja, jako mię zowiesz, wielce ulubiony Mój Myszkowski, nie umrę ani mię czarnemi Styks niewesoła zamknie odnogami swemi.

Już mi skóra chropawa padnie na goleni, Już mi w ptaka białego wierzch sie głowy mieni; Po palcach wszędy nowe piórka sie puszczają, A z ramion sążeniste skrzydła wyrastają.

Terazże nad Ikara prędszy przeważnego Puste brzegi nawiedzę Bosfora hucznego I Syrty Cyrenejskie, Muzom poświęcony Ptak, i pola zabiegłe za zimne Tryjony.

O mnie Moskwa i będą wiedzieć Tatarowie, I róznego mieszkańcy świata Anglikowie, Mnie Niemiec i waleczny Hiszpan, mnie poznają, Którzy głęboki strumień Tybrowy pijają.

Niech przy próznym pogrzebie żadne narzekanie, Żaden lament nie będzie ani uskarżanie: Świec i dzwonów zaniechaj, i mar drogo słanych, I głosem żałobliwym żołtarzów śpiewanych.

Tekst pochodzi ze zbiorów Wolne Lektury i jest udostępniony na licencji CC-BY-SA 3.0. Opracowanie pochodzi z Fundacji Nowoczesna Polska.

Pobrano: 2026-04-30

Ćwicz z AI: wylosuj pytanie z tej lektury i odpowiedz na głos. Łatwa Ustna nagra Twoją wypowiedź, oceni strukturę i argumentację, wskaże, czego brakuje. Zacznij trening →